Al. Solidarności 129/131, lok. 103, 00-898 Warszawa
+48 604 581 582  

Wewnętrzne dziecko

Osobowość ludzi dorosłych składa się z dziecka, rodzica i dorosłego.
Rodzic to ten, który został w naszej głowie nawet wiele lat po wyprowadzce z domu i założeniu własnej rodziny. To on ciągle nas upomina „posprzątaj po sobie”, „najpierw obowiązki, później przyjemność”, „i znów zepsułeś, ty się do niczego nie nadajesz” lub odwrotnie chwali: „świetnie ci wychodzi”, „poradzisz sobie”. W podświadomej części umysłu mamy te nagany lub pochwały. Niestety nagany i upomnienia wcale nie pomagają nam w życiu...
Dorosły to dzisiejszy człowiek, który idzie do pracy, płaci rachunki, opiekuje się dziećmi.
I wreszcie zostaje nam dziecko. W psychologii używa się terminu „wewnętrzne dziecko”; to część naszej osobowości, która odpowiada za uczucia, emocje, jest ciekawa i kreatywna.  Bo przecież to typowe cechy dziecka.
Co jednak się dzieje, gdy my jako dzieci nie mieliśmy właściwego, dobrego domu rodzinnego, gdzie nie czuliśmy się ważni i kochani?
Gdy dorastaliśmy w poczuciu braku, nieraz całe życie czegoś szukamy, mamy głód miłości i niewłaściwe schematy w umyśle, które nami rządzą i nie potrafimy z nich wyjść popełniając wciąż te same błędy.
To najczęściej DDA (dorosłe dzieci alkoholików), ale także dzieci z tzw. normalnych domów, ale panowała tam przemoc psychiczna, surowe zasady lub lód uczuciowy.  
Badania mówią, że 86% naszego dorosłego życia jest ukształtowana w dzieciństwie, tam trzeba szukać niewłaściwych wzorców,  problemów ze znalezieniem partnera i utrzymaniem związku, radzeniem sobie z trudnymi sytuacjami, czasem depresją.

Jeżeli niesiesz cierpienie i ograniczenia z domu rodzinnego możesz  zapisać się do grupy kilku osób, ciągnących ten sam ciężar, którzy chcą wyrównać braki emocjonalne z domu i zmienić przeszkadzające schematy zachowań.

Spotkania trwają przez 3 miesiące, jeden raz w tygodniu przez dwie godziny (zawsze o 18.00), koszt jednego spotkania  150,00 zł.
Jeżeli jesteś zainteresowany zadzwoń  (604-581-582) lub skontaktuj się drogą e-mail (Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.)

Poniżej bajki oddające uczucia wewnętrznego dziecka:

Mały ptaszek

Był sobie raz mały ptaszek - ćwierkał, śpiewał lubił się popisywać i być w centrum uwagi. Dużo czasu spędzał z dwoma dużymi ptakami. Mały ptaszek lubił swoje otoczenie, ale pewnego dnia zauważył, że jest w pięknej, złotej klatce. W klatce było to, czego ptaszek potrzebował - jedzenie, zabawa, bajki, duże, opiekuńcze ptaki…

Dwa duże ptaki były bardzo dumne z małego ptaszka i jeszcze bardziej dumne z siebie. Mówiły często,  że są najlepszymi dużymi ptakami i że mały ptaszek może tylko im ufać i im wszystko zawdzięcza. Małemu ptaszkowi nie wolno było płakać, ani być smutnym, bo przecież skoro ma takie fantastyczne duże ptaki kolo siebie, to cały czas powinien być szczęśliwy i wdzięczny. W przeciwnym razie może duże ptaki nie są tak fantastyczne jak myślą?

Z upływem czasu mały ptaszek zaczął interesować się światem poza klatką. Lecz dwa duże ptaki zaczęły ostrzegać małego ptaszka, mówić że ptaki i inne zwierzęta spoza klatki są albo głupie albo niebezpieczne, że niektóre ptaki z którymi mały ptaszek kiedyś się bawił źle mu życzą a i może chcą małego ptaszka porwać.
Klatka z zewnątrz wyglądała ładnie i spokojnie. Male ptaszki dużo rozmawiały i planowały z dużymi ptakami, wszystkie decyzje o życiu młodych były podejmowane wspólnie. Nikt nie mógł podejmować decyzji pojedynczo. Cztery ptaki w klatce były jednostką.

Z czasem duże ptaki coraz mniej wychodziły z klatki i rzadko otwierały drzwi. Duże ptaki nie lubiły odpowiadać na pytania o tym co robią i czym się zajmują dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem i rok za rokiem siedzenia w klatce. Duże ptaki cały czas chciały tylko rozmawiać i planować życie małych ptaszków. Często mówiły małym rosnącym ptaszkom, że wszystko dla nich poświęciły i że to taka inwestycja…

Mały ptaszek rósł, duże ptaki były z niej coraz bardziej dumne i pochłonięte jego życiem. Mały ptaszek wreszcie zaczął wylatywać z klatki na coraz dłuższe okresy, aż w końcu wyniósł się z klatki całkowicie. Jednak młody ptak cały czas czuł się uwiązany do dużych ptaków i obarczony poczuciem winy i podległości.
Wraz z upływem czasu, złota klatka zaczęła podupadać, a duże ptaki były tak przyzwyczajone do bycia w klatce i wyłącznie do swojego towarzystwa, ze zapomniały jak zająć się klatką i sobą. Młody ptak zaczął martwic się i lękać o duże ptaki, ale tak jak wcześniej, negatywne uczucia kończyły się awanturami. Pan duży ptak oczekiwał, że jego młode, które były już dorosłe, zajmą się klatką i dużymi ptakami i zwrócą inwestycję.

Kiedy młode ptaki wracały do klatki odwiedzić duże ptaki, duży Pan ptak oczekiwał, że jego młode rozwiążą jego problemy. Młode ptaki czuły się odpowiedzialne za zły stan dorosłych ptaków i starały się im odwdzięczyć godzinami, dniami, tygodniami i miesiącami pracy dla nich. Jednak nigdy nic nie było wystarczające aby zaspokoić Pana dużego ptaka i nic co robiły młode nie było w stanie naprawić życia dorosłych.

Młode ptaki spędzały coraz mniej czasu z dorosłymi, czując że atmosfera w klatce jest dla nich niszcząca.
Młody ptak nie wiedział dlaczego czuje się coraz bardziej smutny - ma przecież kochające go duże ptaki, które poświęciły się dla niego, ma ułożone życie - praca, pieniądze, znajomi… a tu cały czas ten smutek i przytłoczenie. Młody ptak zaczął myśleć o tym, że łatwiej byłoby nie być. Ptaszek obwiniał siebie ze negatywne emocje, które przez tak długie lata były tłumione.

W reszcie dorosłe ptaki rozeszły się - Pani ptak uciekła z klatki. Nikt nie chce mieć kontaktu z Panem ptakiem.

Młody ptak zaczął zaprzyjaźniać się ze swoim młodszym Ja i pokazywać mu, że mały ptaszek jest kochany takim jaki jest i że ta miłość jest bezwarunkowa. Młody ptak zaczął tez pokazywać młodszemu Ja że ono ma prawo do wszystkich uczuć i nie jest nikomu nic winne i może mówić 'nie' i mieć swoje własne zdanie. Mały ptaszek już wie, że ma siebie i nigdy nie będzie samotny.

Karo

„Drzewo”

W pewnym ogrodzie rosło drzewo. Było duże i z pozoru ładne, nie różniące się niczym szczególnym od innych drzew. Miało sporo gałęzi, dużych i rozłożystych, było mocne i zdrowe. Rosło wśród innych drzew. Dobrze się czuło wśród nich, nie było specjalnie ciekawskie ani bystre, podobnie jak reszta drzew, toteż nie zamierzało przenosić się nigdy do innego ogrodu, żeby zobaczyć, jak mieszka się gdzie indziej, czy wszystko jest takie samo czy inne. Drzewo kwitło jak przyszedł czas, miało ładne kwiatki, wydawało owoce i było bardzo dumne z siebie, że jest takie samo jak wszystkie inne drzewa. Do ogrodu i drzewa przylatywały ptaszki, motylki, owady przysiadając na gałązkach, rozmawiając z nimi i tak miło wszystkim płynął czas, w dużym zadowoleniu. Dawało to drzewu i gałęziom poczucie, że nie są gorsze od innych. Jedna nocą, gdy już ogród ułożył się do snu, każda gałąź na drzewie zaczynała żyć swoim życiem, innym życiem. Znikało gdzieś zadowolenie z siebie, pojawiały się niepokoje, niezadowolenie z koloru kwiatków, wzajemne pretensje o zasłanianie światła słonecznego, zajmowanie ważniejszego miejsca na pniu, o to kogo bardziej lubią ptaszki, która gałąź jest ważniejsza. Nocami budziły się pretensje, wzajemna niechęć i wszystkie złe rzeczy, które ukrywał dzień. A gdy ten dzień w końcu nastawał, gałęzie znowu udawały szczęśliwe i kochające się, jedno, wielkie drzewo.

Na tym drzewie, wśród reszty gałęzi, z czasem pojawiła się nowa, malutka gałązka. Była taka jak inne gałęzie tyle, że na razie była malutka i bezbronna. Inne gałęzie był trochę rozczarowane pojawieniem się jej na pniu ale nie mogły nic zrobić, musiały ją znosić. Gałązka rosła sobie w swoim tempie, zaczęła kwitnąć i generalnie wydawała się zadowolona z życia. Gałęzie innych drzew bardzo ją lubiły, motylki i ptaszki często siadały na niej i gawędziły sobie z nią ponieważ uważały ją za bardzo sympatyczną i ładną gałązkę. Czasami tylko czuła się samotna i niekochana przez duże gałęzie na własnym drzewie ale myślała, że tak musi być. Rosła tak sobie w ich cieniu, biorąc z nich przykład, kształtując się tak, aby przypodobać się im, aby czuć się tak dobrze jak one i być dumną częścią drzewa. Nic jeszcze nie rozumiała. Duże gałęzie często ją krytykowały za różne głupstwa, które wyczyniają małe gałęzie ale najczęściej jednak ją ignorowały, jakby nie istniała. Mała gałązka podrosła i zaczęła się zastanawiać dlaczego inne gałęzie z drzewa jej nie zauważają, dlaczego czuje się inna niż reszta. Mimo to dalej próbowała sprawić, by ją pokochały. Przecież ptaszki, owady, inne drzewa ją bardzo lubiły i często to jej okazywały. Niewiele to pomagało. Duże gałęzie wyśmiewały ją, mówiły, że jej kwiatki nie są tak ładne jak ich, że gałązka jest krzywa, za mało zielone ma listki i tak bez końca. Gałązka rosła i mimo rozdzierającego bólu w listkach i ogromnej samotności uśmiechała się i starała się kochać świat. W sercu od maleńkiego listka miała gorycz, żal i niezrozumienie dlaczego czuje się gorsza od innych. Nawet przestała wierzyć obcym gałęziom, ptaszkom i innym stworzeniom, że ją naprawdę lubią i kochają i są jej przyjaciółmi.

Gdy gałązka była już duża postanowiła, że opuści drzewo i zacznie mieszkać na innym drzewie, wśród innych gałęzi i wtedy na pewno poczuje się szczęśliwa i nie będzie już samotna. I poszła sobie do innego ogrodu. Drzewa wraz ze swymi gałęziami przyjęły ją radośnie. Teraz było jej dobrze, pięknie kwitła i czuła się szczęśliwa. A mimo to w jej listkach dalej czaił się strach, niepokój i poczucie, że jest gorsza od  innych gałęzi. Co jednak miała zrobić?! Musiała gdzieś żyć wśród gałęzi, na drzewie, w ogrodzie, bo niby dokąd miałaby pójść?! Była tylko gałęzią. Pewnego razu usiadł na niej piękny, duży i bardzo mądry motyl. Zaczęli rozmawiać a rozmowa bardzo spodobała się motylowi więc obiecał, że jeszcze przyleci do niej. I tak zaczął przylatywać codziennie i rozmawiać z gałązką, która otworzyła przed nim swe listki i opowiedziała mu, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa. Mądry motyl, który już zdążył bardzo pokochać gałązkę, nauczył ją jak pokochać siebie samą, jak być szczęśliwą. Dzięki jego naukom gałązka zobaczyła siebie w innym świetle, poczuła się dużą, silną gałęzią. Od tej pory czuła się szczęśliwa i kochana i razem ze swym motylkiem byli nierozłączni.

KONIEC

Ciastek Przemek

Gdzieś na samym końcu świata mieszkała rodzina ciastków. Mama ciastkowa, tata ciastek i ich dzieci. Mama ciastkowa była zrobiona zupełnie z innego ciasta niż tata ciastek. Pochodziła z innej mąki, z innego młynu, bardziej prymitywnego i staroświeckiego. Tata ciastek natomiast z większego, bardziej nowoczesnego. To spowodowało, że już od początku się do siebie nie kleili. Ojciec ciastek uważał się za wyrób lepszego gatunku i przy różnych sytuacjach pokazywał mamie ciastkowej, że jest gorszym produktem. Jednak po namowie rodziców mamy ciastkowej i informacji o spodziewanym dziecku ciastku zdecydowali się wspólnie zamieszkać piekarnik. Pojawił się mały ciastek, za rok kolejny. Tata ciastek zaczynał pomału nasączać się alkoholem i zostawiał mamę ciastkową samą. Piekarnik był chłodny, brakowało w nim ciepła, tak potrzebnego dzieciom do prawidłowego wzrostu. Gdy mama ciastkowa dowiedziała się o kolejnym dziecku bardzo się zasmuciła. Bała się i podjęła decyzję, że nie pozwoli mu się uformować. Szczęśliwym trafem ciastko się rozwinęło i powiększyło rodzinę. Rodzice nazwali go Przemkiem. Po nim przyszły na świat jeszcze dwie siostry. Przemek będąc środkowym ciastkiem czuł się niekochany i bardzo zabiegał o względy rodziców. Niestety tata ciastek coraz bardziej nasączał się alkoholem, a mama ciastkowa mając wszystko na głowie nie zauważała starań Przemka. Opiekę i miłość ciastek Przemek odnalazł u dziadków, rodziców mamy. W ich piekarniku panowało przyjemne ciepło, w którym Przemek mógł spokojnie i bezpiecznie dorastać. Lata mijały. Sytuacja w piekarniku rodziny ciastków się pogarszała. Ojciec ciasta dalej popadał w nałóg, niósł strach i smutek. Mama ciastkowa zajmowała się przede wszystkim najmłodszymi córkami. Przemek spróbował jeszcze raz zdobyć uznanie rodziców. Zawziął się w sobie i dużo czasu poświęcał nauce. Chciał dostawać dobre oceny, by pokazać, że coś jest warty Jego starania doceniali dziadkowie, wychowawczyni w organizacji w której był podopiecznym. W oczach rodziców czuł się niezauważalny. Często uciekał do piekarnika dziadków, w świat książek i podróży. Nie chciał myśleć za dużo, czuć się samotnym i cierpieć. Z czasem zaczął zauważać, że chciałby przyozdabiać kolorowe guziki, że bardziej interesują go koledzy aniżeli koleżanki. Nie rozumiał jednak tego i chciał ukryć to przed całym światem. Postanowił wyjechać. Lubił się uczyć, choć dalej podświadomie chciał się tym dowartościować. Tam gdzie wyjechał czuł się samotnie, spotykał się z nieakceptacją. Ale było dla niego ważne, że odizolował się od chłodnego piekarnika. Pojawiły się pierwsze zauroczenia, platoniczne zakochanie. Ciastek Przemek tłumił wszystkie uczucia. Wstydził się ich, tego co czuje, jakim jest człowiekiem i jaką ma za sobą przeszłość. Stąd decyzja o najlepszym uniwersytecie, wymagających studiach. Przemek dzielnie radził sobie z nauką. Wybrał miasto najdalej położone od rodzinnego piekarnika. Tam walczył o lepszą przyszłość, uczył się życia, radzenia sobie z problemami. Pomału otwierał się na swoją inność, mówił o tym innym ciastkom z uczelni, ale też bliskim. I mimo wielu obaw uzyskał u nich akceptację. Dziś wykonuje zawód, który jest jego pasją, lubi swoją różnorodność i akceptuje inność. Pragnie, by mały Przemek, który wiele przecierpiał czuł się zaopiekowany i zatroszczony. By ten dorosły mógł otworzyć się na miłość, której tak bardzo potrzebuje. I wszystko jest na dobrej drodze, by tak właśnie się stało .
Przemek 33 lata.

"Jaka jest Julia?"
 
W cóż za pokręconej krainie przyszło mi żyć tym razem... Rozmyślała mała Julia siedząc na parapecie swojego pokoju i spoglądając przez okno. Od kilku dni pewne sprawy nie dawały jej spokoju, ale niestety pozostawały bez wyjaśnienia. A im dłużej myślała tym bardziej czuła się zagubiona, przygnębiona i smutna. Tak bardzo mała i bez znaczenia.
 
Julia zastanawiała się czy jest niegrzeczna. Raczej tak, babcia i mama często tak o niej mówią.. Wtedy krzyczą na nią i zamykają w pokoju. Julia wtedy też krzyczy, płacze i tupie nogami, a babcia nazywa ją histeryczką. Julii wtedy pęka serce i czuje się najgorsza na świecie.
 
Ale z drugiej strony.. Julia często słyszy,że jest bardzo grzeczna i wtedy babcia głaszcze ją po głowie i daje cukierki. Mama tez często przytula Julię i zapewnia o swojej miłości, największej na świecie!
Ojjj, wtedy jest tak dobrze i miło, a świat wydaje się o wiele przyjemniejszy...
Julia chciałaby być grzeczna i kochana przez cały czas, ale z jakiegoś powodu nie potrafi...
Julia często zastanawiała się jaka jest na prawdę? Czy można być jednocześnie grzeczną i niegrzeczną?
 
Dodatkowo Julia jest nieśmiała. Babcia często mawia, że Julia się wstydzi, i zarzuca jej, że nie potrafi powiedzieć dzień dobry ludziom, których mijają na spacerze.. Wtedy Julii robi się smutno, i czuje się jeszcze bardziej i bardziej nieśmiało.
Z drugiej strony, ta sama Julia potrafi świetnie się bawić z innymi dziećmi na podwórku, ba, nawet zapoznawać się z tymi których nie zna! Potrafi przewodzić w zabawie w Ślepą Kichę czy podchody, pójść sama do sklepu kupić loda, czy wdrapywać się na najwyższe drzewa! To chyba jest odważna, czyż nie?
Julia często nie jest pewna jaka jest, i się w tym wszystkim gubi..
Julia jest tez bałaganiarą, która nie potrafi odłożyć niczego na swoje miejsce i nie dba o porządek w pokoju. Julii faktycznie sprawia to trudność... ciekawe dlaczego?
Ta sama Julia z kolei potrafi w kilka godzin na nowo zaaranżować przestrzeń w swoim pokoju, dzielnie robi przemeblowanie, układa wszystkie zabawki i figurki, pięknie sprząta na biurku, ścieli łóżko, i nie zapomina by zadbać o nowy wystrój ścian i poukładać wszystkie ubrania w szafie. To daje jej wiele radości...
Julia często się bardzo boi... Że przyjdzie jakiś Pan i ją zabierze. Ale podobno takich niegrzecznych dzieci to i tak nikt by nie chciał brać...
 
Julia nie za bardzo rozumie o co w tym wszystkim chodzi, czuje się zagubiona. Julia jeszcze nie wie, jak wpłynie to na jej życie, ale wie jedno - że ma 7 lat i zupełnie nie wie, jaka jest...
Na szczęście mimo tej swojej złej, niedobrej, bałaganiarskiej, ignoranckiej i leniwej strony, czuje, że ma w sobie wiele ciekawości, chęci, otwartości i serca, by się tego dowiedzieć...
Pewnego dnia, po wielu latach dorosła Julia odkryje, że kluczem jest powrót na parapet małego pokoiku i danie tej małej zagubionej dziewczynce odpowiedzi, których tak bardzo wtedy potrzebowała...

Bajka Adama

Był sobie Elf, który potrafił spełniać życzenia.

Nie wiedział skąd się pojawił, po prostu pewnego dnia znalazł się w domu na kurzej łapce, w głębokim ciemnym lesie. Mieszkający w nim Czarownica i Czarodziej początkowo ucieszyli się, że pojawił się w ich domu ktoś inny, bo zaczęła im doskwierać samotność, jednak szybko stracili zainteresowanie dla nowego przybysza. Ich zajęcia były dużo ciekawsze i bardzo absorbujące - planowali, jak podbić świat. Jednak zamiast połączyć siły rywalizowali ze sobą, mimo, że razem pewnie byłoby im łatwiej. Każde z nich dążyło do osiągnięcia celu osobno, tracąc większość sił na powstrzymanie przeciwnika. Żadnemu z nich nie przyszło również do głowy, aby poprosić o pomoc Elfa spełniającego życzenia...

Nadchodziła zima i sytuacja zaczęła się szybko zmieniać. Sprytny czarodziej pomyślał, że skoro czarownica ma kogoś w domu, to nie zauważy jego przedłużających się nieobecności. Nawet wyremontował stary dom, dodając jedno piętro z pokojem dla Elfa. Elf był bardzo zadowolony, lubił zmiany i bardzo podobał mu się własny pokój, był ufny i nie wiedział co to podstępy. Nawet kiedy czarownica przyprowadziła drugiego, małego elfa i powiedziała, że ma się nim opiekować, wziął to za dobrą monetę. Czarownica powiedziała mu, że to dobrze mieć kogoś do opieki, bo wtedy można poczuć się dużym i odpowiedzialnym. To nic, że Mały ciągle psocił i wszystko psuł. Podobno małe elfy tak mają i trzeba im wybaczyć. Nawet to, że jako młodszy zaskarbił sobie resztki uwagi Czarownicy i Czarodzieja.

Z czasem Czarodziej zaczął coraz częściej wychodzić, czasami nie wracał na noc do domu. Czarownica była zazdrosna, że mógł poświęcić się realizacji Swojego Planu, a ona musiała pilnować małych elfów. Czarodziej również zaczął zostawiać jej coraz mniej pieniędzy. Elf spełniający marzenia niewiele rozumiał z tej sytuacji, ale chciał, żeby Czarownica była szczęśliwa. Ale chociaż mógł spełniać życzenia innych, to nie mógł spełnić swoich. Postanowił, że będzie jej pomagał bez użycia magii. Zostanie bohaterem, takim który będzie zawsze gotów do pomocy. Będzie odpowiedzialny, będzie opiekował się wszystkimi, tak jakby był dorosły. Pomyślał, że w ten sposób przyciągnie uwagę Czarownicy, że usłyszy od niej słowa podziękowania.

Ale Czarownica miała swoje problemy i nie dostrzegała, jak bardzo starszy Elf się stara, ani nie zamierzała mu za to podziękować. Więc Elf starał się coraz bardziej i bardziej… tak bardzo, że wkrótce zapomniał o swoich potrzebach. Nie czuł już potrzeby bliskości, potrzeby ciepła i czułości. Musiał o nich zapomnieć, żeby nie pękło mu serce.

Czarownica miała tyle kłopotów, że Elf nie mógł przychodzić do niej jeszcze ze swoimi, to by ją dobiło. Czuł, że nie może jej tego zrobić. W tej sytuacji uznał, że nie ma prawa wyrażać swoich żali i mówić o swoich problemach. Na początku nawet nieśmiało próbował, chciał tylko zostać wysłuchanym, ale dano mu do zrozumienia, że jego problemy są nieważne. Są małe, a oni mają ważniejsze problemy. Oni? Właściwie to Czarodzieja prawie nie było, bo realizował Swój Plan.

Starszy Elf poświęcił się pomocy Czarownicy, w zamian za niewypowiedzianą obietnicę, która nie została jednak spełniona. Coś było z nim nie tak, z jakiegoś powodu nie potrafił sprostać oczekiwaniom Czarownicy. Chyba sprawiali jej kłopot, on i ten Mały. Ciągle musiała coś dla nich robić. Od rana słyszał, jak w kuchni ze złością głośno stuka garnkami, był to znak, że trzeba wstawać, taki budzik. Ciągle musiała coś dla nich szykować do jedzenia, jadł więc nie grymasząc, często nie będąc głodnym albo jedząc coś, czego nie znosił. Ale nie mógł jej robić przykrości.

Nawet podczas zabawy z tym Małym sprawiali Czarownicy przykrość. Często musiała ich karać za to że się kłócili o ulubione zabawki. Dostawali obaj, mimo że najczęściej była to wina tego Małego. Nie chciało mu się dorastać, udawał, że wciąż jest mały i wszystko mu wolno. Czasami interweniował Czarodziej i wtedy robiło się naprawdę groźnie, ale na szczęście nie było to często, bo prawie nie było go w domu, on realizował Swój Plan.

Po jakimś czasie sytuacja ponownie się zmieniła, w domu pojawił się nowy, trzeci elf. Teraz obaj z Małym musieli być dorośli. Najstarszy Elf był już duży i odpowiedzialny, więc bardzo często pomagał Czarownicy przy trzecim elfie. Teraz już mógł dużo więcej, więc mógł jej zastąpić Czarodzieja, którego ciągle nie było. Czarownica często chwaliła najstarszego Elfa przed innymi czarownicami, był wtedy taki z siebie dumny. Nie tylko był bohaterem rodzinnym, ale jego starania zostały docenione. Teraz, kiedy nauczył się, że jego potrzeby są nieistotne, pozbył się tej bezwartościowej części siebie, teraz już go nie odrzucą...

Czas mijał szybko, najstarszy Elf zaczął coraz częściej przebywać poza domem. Chętnie opuszczał dom, ale wtedy jeszcze nie wiedział, dlaczego. Tymczasem w domu również zachodziły zmiany - Czarodzieje coraz częściej na siebie krzyczeli, a Czarownica po powrocie Czarodzieja do domu od razu gdzieś wychodziła. Czarodziej mało wiedział o wychowywaniu dzieci, przecież wcześniej prawie nie bywał w domu. Dlatego najstarszy Elf musiał być dorosły i sam zadbać o swoje sprawy. Czarodziej nie byłby w stanie mu pomóc, nawet jakby poprosił. Zresztą wiedział, że nie może zawracać mu głowy swoimi głupimi problemami, przecież Czarodziej miał swoje, poważne problemy. Nie dość, że musiał realizować Swój Plan, to jeszcze Czarownica ciągle na niego krzyczała.

Wreszcie nadszedł dzień, który musiał nadejść, najstarszy Elf przeczuwał to już dawno: Czarodzieje oznajmili, że się rozstają. Elfy były przerażone, tylko jemu przeszło coś przez gardło: NARESZCIE - sam nie wierzył, że powiedział to na głos, ale chyba młodsze elfy myślały podobnie. Pewien okres w życiu najstarszego Elfa bezpowrotnie się zamknął. Teraz nawet jakby chciał, to nie mógłby być mały. Musiał być wzorem dla młodszych elfów. Czarodziej odszedł z domu, zamieszkał u innej czarownicy, a z nimi zerwał kontakt. Teraz najstarszy Elf musiał być przewodnikiem dla młodszych elfów. Postanowił, że będzie silny, że nikt go nie zrani ani nie upokorzy. Nikt nie będzie miał dostępu do jego uczuć, schowa je tak głęboko, że nawet on nie będzie wiedział, gdzie one są. Udało mu się namówić Małego Elfa, aby wypowiedział w jego imieniu życzenie: wymazać z przeszłości wspomnienia starszego Elfa. Wspomnienia, w których zgromadziły się strach, wstyd, upokorzenie. Starszy Elf odciął się od przeszłości, już nie istniała, więc nie była groźna. Niestety wymazywanie miało jedną wadę, usuwało też miłe wspomnienia. Ale nie było wyboru.

Po wielu latach, kiedy stary Elf mieszkał samotnie w najczarniejszej i najmniej dostępnej części lasu, pewnego ranka poczuł, że skorupa, w której się zamknął zaczęła pękać. To co zaczęło spod niej wychodzić nie podobało mu się. Było miękkie i bezbronne, płakało i nie panowało nad sobą. Ogarnął go smutek, że tak siebie potraktował, że tak długo czekał ze zdjęciem skorupy. Uzmysłowił sobie, że odcinając własne uczucia jako mały Elf, może uchronił swoje zdrowie psychiczne, ale za cenę utraty uczuć. Zamknął się tej skorupie i jako dorosły odkrył, że nie potrafi się z niej wydostać. A właściwie to nie chciał się z niej wydostać, obawiając się, że obłęd i groza z lat dzieciństwa do niego powrócą. Postanowił, że jak najszybciej zedrze to co pozostało ze skorupy i do końca życia będzie się opiekować swoim małym sobą, którego zostawił w ciemności na tak długo.

Adam B.

Bajka o myszce

Była sobie mała myszka, szara myszka, skąd się wzięła, tego nie wie. Leży sama, samiuteńka, w rogu izdebki na posłaniu wyłożonym słomą. Leży i czeka. Na co czeka, na kogo? Myśli sobie, "jestem sama na tym świecie?" Wtem słyszy, że ktoś wchodzi do izdebki — mama mysz. Nakarmiła, przewinęła, zostawiła. Tak dni mijały, mała myszka rosła, ciągle sama. Myśli sobie, "pójdę, może kogoś spotkam takiego jak ja i się z nim pobawię". Znalazła inne myszki. Miała się już z kim bawić. Cieszy się myszka, nie jestem już sama. Myszka rosła, czas spędzała na zabawie z innymi myszkami. Nagle słychać jakiś hałas. Tata mysz wrócił do domu słychać kłótnię, podniesione głosy. Wszystkie myszki szybko pochowały się po kątach, tylko mała myszka została na środku izdebki. Tata mysz krzyczał coraz głośniej i głośniej, a małej myszce jakby nogi wrosły w podłogę, nie mogła się ruszyć. Stała tak czekając, co się stanie. Nagle między myszką a tatą mysz stanęła mama mysz, chcąc myszkę bronić. Przerażona mała myszka podbiegła do mamy mysz. Będzie dobrze, wyjdzie z tego, a bo to pierwszy raz dostała. Od tej chwili mała myszka już wiedziała, co ma robić następnym razem. Mama mysz dawała jeść i ciągle mówiła: "bądź grzeczna, a nic Ci się nie stanie i nie opuszczaj tego mieszkania, bo może stać Ci się krzywda". Pomyślała mała myszka, że nie chce tak żyć, chce stąd uciec jak najdalej. Nie posłuchała mamy mysz, była ciekawa świata, życia, nie chciała ciągle tylko się bać, chować, chciała czegoś więcej. Chciała poznać inne życie. Wyszła. Nagle poczuła, jak ktoś łapie ją za futerko i wsadza do słoika. Słoik został zakręcony. Mała myszka znalazła się w pułapce bez wyjścia. Przerażona patrzy i widzi dwoje oczu, które wpatrują się w nią. Wytrzymała to spojrzenie, nie ruszyła się. Odeszły, odetchnęła z ulgą. Żyję, nic mi się nie stało. Co będzie dalej myśli myszka. Słoik ktoś odkręcił, znów ją łapie za futerko, ale po chwili kładzie do innego pojemnika, większego, niezamkniętego. Myśli sobie myszka, "jest szansa ucieczki", próbuje, próbuje i próbuje bez skutku. Jej małe łapki ześlizgują się i ciągle spada na dno. Zmęczona wysiłkiem, jaki włożyła, żeby uciec, usnęła. Gdy się obudziła, zobaczyła, że ktoś położył obok niej słomę i dał jej jeść. Zastanawiała się myszka co będzie dalej, jak teraz będzie wyglądało jej życie. Wtedy stało się coś, co na zawsze zmieniło jej życie. Ta sama ręka, która wsadziła ją do pudełka, nagle z niego ją wyjęła. Położyła myszkę sobie na dłoni, zaczęła ją głaskać, mówić do niej. Myszka była trochę zdezorientowana, "czy to mi się śni?" — myśli, "czy to dzieje się naprawdę?". Czuje jednak, że ktoś ją przytula i mówi, że będzie się nią opiekować, że nie jest już sama. Nareszcie.. myśli myszka. Pokochała tego kogoś, sama nie wiedziała, kto to jest. Był duży, wręcz ogromny, a ona mała myszka. On ją karmił, przytulał, głaskał, kochał, po prostu z nią był cały czas. Wypuścił myszkę na wolność, ale ona już nie uciekała, bo już nie musiała, już się nie bała. Wiedziała, że nie dzieje jej się krzywda, że znalazła to, czego szukała, że w końcu ktoś ją pokochał, a i ona pokochała jego. Odtąd żyli długo i szczęśliwie dbając o siebie nawzajem. On duży i silny, ona mała szara myszka.
Ela

Paweł Budrewicz :: Chłopiec zrobiony z kurzu

Było cicho. Tylko słaba poświata bijąca od lampki zapalonej w przedpokoju pozwalała ośmiolatkowi zorientować się, że istnieje jakakolwiek rzeczywistość poza ciemnościami wypełniającymi pokój. Nic się nie działo.

A jednak mały Łukaszek wiedział, że to tylko pozory. Owszem, w ciągu dnia, kiedy było jasno, a w domu była babcia, a nawet pod wieczór i w zimie, kiedy cały dom był rozświetlony, wtedy wszystkie zakamarki były dostępne, wszystko było widoczne, wszędzie można było zajrzeć, nawet pod łóżko czy do szafy.

Ale nie wtedy, kiedy pokój Łukasza spowijał mrok.

Chłopiec budził się co noc. Za każdym razem był przekonany, że jego sen przerywa szmer, dźwięk, poruszenie, ale im bardziej intensywnie wpatrywał się i wsłuchiwał w otaczającą go rzeczywistość, tym bardziej wydawała mu się ona ciemna i milcząca. Ale mimo że żaden znak tego nie zdradzał, Łukaszek wiedział, że wszędzie wokół czają się istoty.

Lampa na biurku wydawała się większa niż w rzeczywistości, ale to dlatego że opierał się o nią wielgachny pająk z ludzką głową, a to, co można było wziąć za grę cieni, stanowiło tak naprawdę jego odwłok. Na szafce obok samolotów i książki o lotnictwie posadowił się lśniący czernią człowieczek o obłych kształtach i bez twarzy. To, co zdawało się dywanem leżącym na podłodze, miało postać rozlanej mazi, we wnętrzu której uwięzione były te wszystkie dzieci, które nieostrożnie w nocy na nią nastąpiły.

Ale najbardziej przerażający był chłopiec z kurzu. Był nieforemny. Stworzony z drobinek i pyłków rozsianych po całym domu wydawał się delikatny i efemeryczny. Ale kto raz spojrzał w jego czarne oczy ułożone z najbardziej zapomnianych okruchów świata, ten już na zawsze musiał opuścić światłość i dołączyć do krainy cieni.

Chłopiec z kurzu siedział na łóżku Łukasza, w nogach. Łukasz tam nie patrzył, wiedział, że na tego przybysza pod żadnym pozorem nie może spojrzeć, więc skupiał się na pozostałych gościach. A ci tkwili nieruchomo, nawet jednym drgnieniem nie zdradzając tego, że istnieją i bacznie obserwują Łukasza. Ruszali się tylko wtedy, kiedy chłopiec na nich nie patrzył.

Łukaszek bał się zamknąć oczu, choć wiedział, że istoty nie podejdą, dopóki on ich nie zaprosi. Chłopiec męczył się tak przez godzinę, czasem półtorej, aż w końcu zasypiał ze zmęczenia.

Kiedy rano rodzice z trudem budzili chłopca, ten próbował tłumaczyć im, dlaczego w nocy nie spał. Ale nikt go nie słuchał.

‒ Wstawaj do szkoły!

‒ Już późno.

‒ Spóźnisz się.

‒ Zjedz śniadanie. Herbata wystygnie.

I za każdym razem, kiedy Łukaszek wspominał o istotach, słyszał nieodmiennie tę samą odpowiedź:

‒ Przecież pali się lampka.

Tak jakby lampka miała moc unicestwiania istot, które odwiedzały Łukasza.

Z reguły do szkoły odprowadzała go babcia. Szli piechotą, a po drodze babcia opowiadała chłopcu różne historie, niektóre zabawne, niektóre straszne, a niektóre zupełnie niezrozumiałe lub o jakichś ludziach, który Łukasz nie znał. Chłopiec zadawał jej pytania i babcia zawsze cierpliwie na nie odpowiadała. A kiedy docierali przed szkolną bramę, babcia nachylała się ku chłopcu i całowała go na pożegnanie. Łukasz biegł w kierunku głównego wejścia, a tam zawsze odwracał się i zawsze widział, że babcia wciąż stoi przy bramie i czeka, aż chłopiec wejdzie do szkoły.

Czasem babcia nie mogła odprowadzić Łukasza do szkoły i wówczas chłopiec jechał do szkoły z mamą albo z tatą. Ostatnio takie sytuacje zdarzały się coraz częściej.

Ojciec przez całą drogę rozmawiał przez telefon komórkowy, a kiedy po dojechaniu na miejsce otwierał tylne drzwi, tak żeby Łukasz mógł wygramolić się z auta, odwracał się do syna, podnosił kciuk w górę i uśmiechał się. Ale śmiały się tylko jego usta, a nigdy oczy. Łukaszek też się uśmiechał, też podnosił kciuk w górę, a potem opuszczał auto i zamykał drzwi. Samochód ruszał natychmiast i dopiero wówczas Łukasz mówił cichym głosem:

‒ Do widzenia, tatusiu.

Mama ciągnęła Łukaszka. Najpierw do samochodu, potem z powrotem do domu po jakąś bardzo ważną rzecz, której zapomniała zabrać, potem znowu do samochodu, a na koniec pod bramę szkolną. Jedyne, co mówiła, to "ale już późno", "oszaleję", "spóźnię się" oraz "która to już godzina?".

Kiedy zwracała się do Łukasza, całe jej ciało wyginało się jakby z bólu, twarz wykrzywiała się w grymasie cierpienia, oczy niemal płakały, a zbolały i zarazem poirytowany głos niósł tylko jeden komunikat: "Łukasz, błagam cię, proszę, błagam, proszę...". Łukasz nigdy nie wiedział, o co mama go prosi. Bardzo chciał spełnić wszystkie jej życzenia, bo chciał, żeby mama była szczęśliwa i uśmiechnięta. I czuł się bardzo źle, bo mimo jej błagań nie wiedział, jak jej pomóc.

Mama zostawiała go przed bramą krzycząc "oszaleję, jak jest późno!", po czym biegła w stronę samochodu. Łukaszowi było jej żal.

Po całym dniu w szkole i czasem na świetlicy Łukasz wracał do domu w towarzystwie któregoś z dorosłych. Powrót do domu wyglądał dokładnie tak samo jak droga do szkoły. Z tą różnicą, że mama zamiast "jestem już spóźniona" oraz "która to godzina?" powtarzała "nie wyrobię się jutro" lub "tego się nie tak zrobić", tak jakby tłumaczyła się komuś. Tylko jej pieśń błagalna do Łukasza brzmiała niezmiennie tak samo. A tata zawsze rozmawiał przez telefon.

Do kolacji i wieczornej kąpieli Łukaszek bawił się we własnym pokoju. Jeśli babcia nie spała, bawił się u niej albo z nią. Pokazywał jej samoloty i toczył powietrzne wojny. A czasem słuchał opowieści babci. Jednak w ciągu ostatnich miesięcy te zabawy były coraz rzadsze, a babcia przepraszała Łukasza, mówiąc, że akurat tego dnia nie czuje się najlepiej.

Kiedy Łukasz nie bawił się w pokoju ani z babcią, siadał na schodach i w milczeniu obserwował dom. Ojciec siedział przed komputerem w gabinecie albo spał na kanapie w salonie. Mama, jeśli nie czytała dokumentów, to uczyła się niemieckiego.

W weekendy często przychodzili do nich goście. Kuzyni, bliscy krewni i dalecy krewni. Czasem przyjeżdżali z dziećmi i wówczas Łukasz miał się z kim bawić. Raz na dwa tygodnie do Łukasza przychodził jeden z kolegów – najczęściej Bartek albo Michał.

Poza babcią dorośli w ogóle nie słuchali Łukasza, więc chłopiec opowiadał o istotach wyłącznie kolegom. Jednak żaden z nich go nie rozumiał. Kiedyś starszy kuzyn, dwunastolatek o imieniu Marek, wyśmiał Łukasza i nazwał go czubem.

Wtedy Łukaszek opowiedział o istotach babci. Babcia bardzo się zmartwiła i tak wnikliwie przyglądała się chłopcu, aż Łukaszek musiał skłamać, że całą historię tylko wymyślił. Od tej pory już nikomu nie opowiadał o nocnych gościach.

Któregoś wieczoru babcia źle się poczuła. Po godzinie pod dom przyjechała karetka pogotowia i babcia pojechała do szpitala, a razem z nimi tata samochodem. Wrócił, kiedy było już bardzo późno. Przez ten czas mama płakała, a po powrocie tata na przemian to obejmował ją ramieniem, to znowu chodził po salonie i snuł jakieś niezrozumiałe dla Łukasza rozważania.

‒ Idź już spać – powtarzał poirytowanym głosem, kiedy Łukasz wychylał się z pokoju.

Rodzice zasnęli i dom spowiła ciemność zakłócona jedynie małą lampką w korytarzu. Łukasz długo leżał w łóżku i rozmyślał. Martwił się o babcię, nie wiedział, co się z nią stało. Nie wiedział, czy i kiedy babcia wróci oraz kto go będzie odprowadzał do szkoły, kiedy mama i tata nie będą mogli. Zastanawiał się, czy usłyszał już wszystkie opowieści babci.

Łukasz był tak pogrążony w myślach, że nawet nie zwracał uwagi na istoty. Dopiero kiedy zasypiał, poczuł delikatny ruch na łóżku.

‒ To wy ją zabraliście? – zapytał.

‒ Nie. To po prostu starość – odparł chłopiec zrobiony z kurzu. Łukasz stwierdził, że głos tamtego brzmiał nawet przyjemnie.

‒ Co jej się stanie?

‒ Umrze – zawyrokował przybysz, a Łukaszek aż drgnął. ‒ Wszyscy kiedyś umrą.

‒ Mama i tata też?

‒ Tak. Oni też umrą.

‒ Kiedy? – dopytywał chłopiec. Czuł, że oczy ma coraz bardziej wilgotne, a słowa z coraz większym trudem przechodzą przez krtań.

‒ Nie dzisiaj – padła odpowiedź.

‒ Chcę już spać – z trudem powiedział Łukasz.

‒ Śpij.

Łukasz nie wiedział, czy tylko mu się wydawało, czy rzeczywiście poczuł na ramieniu miękką i ciepłą dłoń, ale nie zdążył dobrze o tym pomyśleć, ponieważ zasnął.

Rano wszyscy zaspali, więc rodzice spieszyli się bardziej niż zwykle. Poza tym dzień upłynął jak zawsze. Kiedy skończyły się lekcje, Łukasz został na świetlicy. Robiło się coraz później i w pewnym momencie został jedynym dzieckiem. Odrobił już wszystkie zadania domowe, a nawet zabawa samolotami mu się znudziła. Ile można bawić się samemu? W domu Łukasz też często bawił się sam, ale miał więcej zabawek i była także babcia, a poza tym opustoszała świetlica wydawała mu się taka ponura, że chłopcu zrobiło się smutno.

‒ Zadzwonię po twoich rodziców – oznajmiła pani Elwira, jedna z nauczycielek, które pełniły dyżur na świetlicy. Została tylko ona, reszta pań już dawno poszła do domu.

Łukasz słyszał wcześniej, jak pani Elwira rozmawiała z kimś przez telefon. Chłopiec nie rozumiał rozmowy, ale dotarło do niego, że pani Elwira jest zła, że musi siedzieć tak długo na świetlicy. Dlatego Łukasz narysował obrazek dla pani Elwiry i kiedy nauczycielka czekała na przyjazd jego rodziców, chłopiec wręczył jej to, co namalował. Był tam samolot oraz trzy postaci, dwie kolorowe, a jedna ciemnoszara.

‒ Dziękuję – powiedziała pani Elwira. Była zła, że z powodu niedbalstwa rodziców musiała zmienić plany na wieczór, ale wzruszyła ją postawa Łukasza. Uśmiechnęła się do chłopca. ‒ Rodzice zaraz przyjadą. Coś ważnego ich zatrzymało – skłamała, żeby nie robić Łukaszowi przykrości. Bo tak naprawdę rodzice zapomnieli o chłopcu, ponieważ był to dzień, kiedy z reguły odbierała go babcia.

Łukasz zmartwił się. Przestraszył się, że babcia umarła i dlatego rodzice spóźnili się po niego. Troska odmalowała się na jego twarzy, a nauczycielka pomyślała, że chłopcu jest przykro, bo musi długo czekać na odebranie go ze szkoły.

‒ A kto jest na tym obrazku? – zapytała, żeby zmienić temat.

‒ To jest pani. ‒ Łukasz wskazał na najwyższą postać. ‒ A to ja.

‒ A to?

‒ To mój przyjaciel.

‒ Dlaczego jest taki szary?

‒ Bo jest zrobiony z kurzu.

‒ Z kurzu? – zaśmiała się nauczycielka. ‒ Masz ty wyobraźnię! A dlaczego ma takie czarne oczy?

Łukasz podniósł wzrok na panią Elwirę. Ich spojrzenia spotkały się, a im dłużej Łukasz wpatrywał się w nauczycielkę, tym bardziej kobieta czuła się nieswojo.

‒ Jego oczy to otchłań – powiedział Łukasz poważnym głosem. ‒ Kto w nie spojrzy, ten umrze i na zawsze pójdzie do krainy cieni.

Kobieta już miała się odezwać, lecz wówczas otworzyły się drzwi i do środka weszli rodzice Łukasza. Chłopiec podbiegł do nich i przywarł do ich nóg, próbując objąć obie postaci. Jednak oboje go odsunęli. Mama była zmartwiona, jej codzienny bolesno-błagalny wyraz twarzy zastąpiła troska i zmęczenie. Powtarzała tylko "nie teraz, nie teraz", opędzając się od Łukaszka. A tata przepraszał panią Elwirę. Wyjął portfel, a z niego sto złotych, ale nauczycielka odmówiła przyjęcia pieniędzy.

Do domu wracali w milczeniu.

‒ Czy babcia umarła? – zapytał Łukasz, kiedy mama szykowała go do kąpieli. Kobieta rozpłakała się, a do łazienki wszedł tata.

‒ Daj spokój mamie – powiedział ze złością, a po chwili dodał bardziej miękko: ‒ Nie, jeszcze nie umarła. Ale to kwestia czasu. Idź już spać. Jutro się wykąpiesz.

Tej nocy Łukasz czekał na przybycie istot. Kiedy zobaczył, jak zagęszcza się czerń w okolicy dywanu, a przy lampie i przy samolotach zameldowali się pająk oraz człowieczek bez twarzy, Łukasz uśmiechnął się do siebie. Odczekał jeszcze chwilę, aż na łóżku przysiądzie chłopiec zrobiony z kurzu.

‒ Nie chcę, żeby babcia umarła – powiedział, kiedy łóżko nieznacznie się ugięło.

‒ Wszyscy kiedyś umrą – odpowiedział chłopiec z kurzu tak samo jak poprzedniej nocy.

‒ Ale ona nie teraz. Kocham babcię.

Człowieczek bez twarzy poruszył się, a pająk zrobił kilka kroków do przodu. Nawet plama przysunęła się bliżej.

‒ Tylko wy mnie rozumiecie – kontynuował Łukasz. ‒ Możecie mi pomóc. Możecie jej pomóc.

Zapadła cisza. Chłopiec zrobiony z kurzu delikatnie głaskał Łukasza po głowie. Ciało ziemskiego chłopca drżało w rytm łkania.

‒ Tylko ona mnie dostrzega. Dla innych i tak nie istnieję – powiedział w końcu Łukasz, kiedy opanował płacz.

Jego łóżko otaczały istoty, a chłopiec z kurzu trzymał Łukasza za rękę.

‒ Nie musi umrzeć teraz – powiedział przybysz.

Łukasz podniósł się i usiadł na łóżku. Miał zamknięte oczy. Odwrócił twarz w stronę, gdzie siedział chłopiec zrobiony z kurzu. Od istoty bił przytłaczający zapach stęchlizny, a do nozdrzy dostawał się pył, który drażnił śluzówkę nosa.

Łukasz otworzył oczy i spojrzał prosto w czarne źrenice chłopca zrobionego z kurzu.

Nic więcej się nie wydarzyło. Tylko opustoszały pokój przypominał o ośmiolatku, który pewnej nocy po prostu zniknął. Czasami do pokoju zaglądała babcia, żeby sprawdzić, czy jakimś cudem nic się nie zmieniło. Lecz jedynie coraz więcej kurzu osiadało na łóżku, na lampie i na samolotach stojących na półce, a ciemna plama dywanu stawała się coraz ciemniejsza. Poza tym było cicho.

Warszawa, 1 października 2017r.


Bajka Jarka.

Odnalazły się dwie płcie, połączyły i mnie narodziły.

Z tego słyszałem - długo mnie oczekiwano z szałem.

 

Nie chciałem wyjść naturalnie, ale bez pytania rościęto mi sufit nad głową i powitano owalnie.

 

Płacz, krzyk, karteczka z numerem. Takim to wyszedłem bohaterem.

 

Z wczesnych dni pamiętam niewiele, choć w życiu działo się wiele.

 

Rodzice instrukcji obsługi nie dostali, rodziny w trakcie i po wojnie - się zrzymały.

 

Było ciężko, pieniędzy mało, wizyt taty w domu brakowało.

 

Choć wyjazdy wakacyjne, zawsze z tatą, mama w domu zostawała.

Mama narzekała, dziś wiem - jak o sobie bardzo myślała.

 

Ja miałem wiernych przyjaciół - psów gromadka zawsze wokół.

 

Były też pluszaki, dziewczyny i chłopaki.

 

Moje zdanie się nie liczy, szybko zrozumiałem. Może i protestowałem.

Ale częściej w ciszy szlochałem.

 

Tak więc dorastałem i niestety... język zawsze za zębami trzymałem.

 

Paszportowo - dorosłem. Miała być bajka, przyszły: uzależnienia i egoizm.

Samotność, izolacja, uraza, wszystkich wina. Lecz u mnie? Heroizm.

 

Nadwaga, pogorszenie zdrowia, poluźnienie relacji.

Ach, czyż naprawdę musiałem czekać na tyleż komplikacji?

 

Próbowałem udowadniać całemu światu swoją niewinność.

Ileż energii, ileż czasu. Efekt ten sam, mnóstwo ambarasu.

 

Chciałem zmienić wszystko dookoła. Wszyscy stać na palcach mieli!

Dokładnie jak wtedy, gdy pijany tata wrócił i wszyscy nieruchomieli.

 

Nikt nie wiedział, co w mojej głowie siedziało, czego moje Ja potrzebowało.

A powinni! Ich wina! Takie to przekonanie mnie absorbowało.

 

Dziś wiem: Bóg istnieje, lecz ja nim nie jestem - w końcu zaświtało.

Szkoda, że to kiełkowanie tyle czasu potrzebowało.

 

Emocje, potrzeby, empatia, bezinteresowność, duchowość, Siła Wyższa.

Znowu kontakt z małym Jarkiem: ja dla niego, jego potrzeba mi dziś bliższa!

 

Mały Jarek jest bezpieczny, miłujący Bóg jest również zawsze z nim!

Mały Jarek jest kochany i akceptowany, w każdej sytuacji, w każdej z gmin!

 

Mały Jarek umie bronić swoich granic.

Mały Jarek już nie musi wkraczać na cudzy ganek!

 

Dziś - nie myślę o sobie dobrze. Nie myślę o sobie źle.

Dziś - myślę o sobie mniej!

 

Miłująca miłość - miłosierna siła!

Im jej więcej daję, tym więcej dostaję!

 

Ja? Odpuszczam!

Miłości substytuty puszczam!

 

Nie wierz w Boga, ale Bogu! Jemu oddałem ster!

Lekkość i Pogodę Ducha mam po dziś dzień!