Al. Solidarności 129/131, lok. 103, 00-898 Warszawa
+48 604 581 582     22 423 25 34

Wewnętrzne dziecko

Osobowość ludzi dorosłych składa się z dziecka, rodzica i dorosłego.
Rodzic to ten, który został w naszej głowie nawet wiele lat po wyprowadzce z domu i założeniu własnej rodziny. To on ciągle nas upomina „posprzątaj po sobie”, „najpierw obowiązki, później przyjemność”, „i znów zepsułeś, ty się do niczego nie nadajesz” lub odwrotnie chwali: „świetnie ci wychodzi”, „poradzisz sobie”. W podświadomej części umysłu mamy te nagany lub pochwały. Niestety nagany i upomnienia wcale nie pomagają nam w życiu...
Dorosły to dzisiejszy człowiek, który idzie do pracy, płaci rachunki, opiekuje się dziećmi.
I wreszcie zostaje nam dziecko. W psychologii używa się terminu „wewnętrzne dziecko”, to część naszej osobowości, która odpowiada za uczucia, emocje, jest ciekawa i kreatywna.  Bo przecież to typowe cechy dziecka.
Co jednak się dzieje, gdy my jako dziecko nie mieliśmy właściwego, dobrego domu rodzinnego, gdzie nie czuliśmy się ważni i kochani?
Dorastaliśmy w poczuciu braku, nieraz całe życie czegoś szukamy, mamy głód miłości i niewłaściwe schematy w umyśle, które nami rządzą i nie potrafimy z nich wyjść, popełniając wciąż te same błędy.
To najczęściej DDA (dorosłe dzieci alkoholików), ale także dzieci z tzw. normalnych domów, ale panowała tam przemoc, surowe zasady lub lód uczuciowy.  
Badania mówią, że 86% naszego dorosłego życia jest ukształtowana w dzieciństwie, tam trzeba szukać niewłaściwych wzorców,  problemów ze znalezieniem partnera i utrzymaniem związku, radzeniem sobie z trudnymi sytuacjami, czasem depresją.

Dlatego postanowiłam zorganizować kilkuosobowe grupy ludzi, którzy niosą ten sam problem i chcą wyrównać braki emocjonalne z domu (na szczęście jest to możliwe).

Spotkania trwają przez 3 miesiące, jeden raz w tygodniu przez dwie godziny (zawsze o 18.00), koszt jednego spotkania  150,00 zł.
Jeżeli jesteś zainteresowany zadzwoń lub skontaktuj się drogą email.


Poniżej bajka oddająca uczucia wewnętrznego dziecka:


Paweł Budrewicz :: Chłopiec zrobiony z kurzu


Było cicho. Tylko słaba poświata bijąca od lampki zapalonej w przedpokoju pozwalała ośmiolatkowi zorientować się, że istnieje jakakolwiek rzeczywistość poza ciemnościami wypełniającymi pokój. Nic się nie działo.

A jednak mały Łukaszek wiedział, że to tylko pozory. Owszem, w ciągu dnia, kiedy było jasno, a w domu była babcia, a nawet pod wieczór i w zimie, kiedy cały dom był rozświetlony, wtedy wszystkie zakamarki były dostępne, wszystko było widoczne, wszędzie można było zajrzeć, nawet pod łóżko czy do szafy.

Ale nie wtedy, kiedy pokój Łukasza spowijał mrok.

Chłopiec budził się co noc. Za każdym razem był przekonany, że jego sen przerywa szmer, dźwięk, poruszenie, ale im bardziej intensywnie wpatrywał się i wsłuchiwał w otaczającą go rzeczywistość, tym bardziej wydawała mu się ona ciemna i milcząca. Ale mimo że żaden znak tego nie zdradzał, Łukaszek wiedział, że wszędzie wokół czają się istoty.

Lampa na biurku wydawała się większa niż w rzeczywistości, ale to dlatego że opierał się o nią wielgachny pająk z ludzką głową, a to, co można było wziąć za grę cieni, stanowiło tak naprawdę jego odwłok. Na szafce obok samolotów i książki o lotnictwie posadowił się lśniący czernią człowieczek o obłych kształtach i bez twarzy. To, co zdawało się dywanem leżącym na podłodze, miało postać rozlanej mazi, we wnętrzu której uwięzione były te wszystkie dzieci, które nieostrożnie w nocy na nią nastąpiły.

Ale najbardziej przerażający był chłopiec z kurzu. Był nieforemny. Stworzony z drobinek i pyłków rozsianych po całym domu wydawał się delikatny i efemeryczny. Ale kto raz spojrzał w jego czarne oczy ułożone z najbardziej zapomnianych okruchów świata, ten już na zawsze musiał opuścić światłość i dołączyć do krainy cieni.

Chłopiec z kurzu siedział na łóżku Łukasza, w nogach. Łukasz tam nie patrzył, wiedział, że na tego przybysza pod żadnym pozorem nie może spojrzeć, więc skupiał się na pozostałych gościach. A ci tkwili nieruchomo, nawet jednym drgnieniem nie zdradzając tego, że istnieją i bacznie obserwują Łukasza. Ruszali się tylko wtedy, kiedy chłopiec na nich nie patrzył.

Łukaszek bał się zamknąć oczu, choć wiedział, że istoty nie podejdą, dopóki on ich nie zaprosi. Chłopiec męczył się tak przez godzinę, czasem półtorej, aż w końcu zasypiał ze zmęczenia.

Kiedy rano rodzice z trudem budzili chłopca, ten próbował tłumaczyć im, dlaczego w nocy nie spał. Ale nikt go nie słuchał.

‒ Wstawaj do szkoły!

‒ Już późno.

‒ Spóźnisz się.

‒ Zjedz śniadanie. Herbata wystygnie.

I za każdym razem, kiedy Łukaszek wspominał o istotach, słyszał nieodmiennie tę samą odpowiedź:

‒ Przecież pali się lampka.

Tak jakby lampka miała moc unicestwiania istot, które odwiedzały Łukasza.

Z reguły do szkoły odprowadzała go babcia. Szli piechotą, a po drodze babcia opowiadała chłopcu różne historie, niektóre zabawne, niektóre straszne, a niektóre zupełnie niezrozumiałe lub o jakichś ludziach, który Łukasz nie znał. Chłopiec zadawał jej pytania i babcia zawsze cierpliwie na nie odpowiadała. A kiedy docierali przed szkolną bramę, babcia nachylała się ku chłopcu i całowała go na pożegnanie. Łukasz biegł w kierunku głównego wejścia, a tam zawsze odwracał się i zawsze widział, że babcia wciąż stoi przy bramie i czeka, aż chłopiec wejdzie do szkoły.

Czasem babcia nie mogła odprowadzić Łukasza do szkoły i wówczas chłopiec jechał do szkoły z mamą albo z tatą. Ostatnio takie sytuacje zdarzały się coraz częściej.

Ojciec przez całą drogę rozmawiał przez telefon komórkowy, a kiedy po dojechaniu na miejsce otwierał tylne drzwi, tak żeby Łukasz mógł wygramolić się z auta, odwracał się do syna, podnosił kciuk w górę i uśmiechał się. Ale śmiały się tylko jego usta, a nigdy oczy. Łukaszek też się uśmiechał, też podnosił kciuk w górę, a potem opuszczał auto i zamykał drzwi. Samochód ruszał natychmiast i dopiero wówczas Łukasz mówił cichym głosem:

‒ Do widzenia, tatusiu.

Mama ciągnęła Łukaszka. Najpierw do samochodu, potem z powrotem do domu po jakąś bardzo ważną rzecz, której zapomniała zabrać, potem znowu do samochodu, a na koniec pod bramę szkolną. Jedyne, co mówiła, to "ale już późno", "oszaleję", "spóźnię się" oraz "która to już godzina?".

Kiedy zwracała się do Łukasza, całe jej ciało wyginało się jakby z bólu, twarz wykrzywiała się w grymasie cierpienia, oczy niemal płakały, a zbolały i zarazem poirytowany głos niósł tylko jeden komunikat: "Łukasz, błagam cię, proszę, błagam, proszę...". Łukasz nigdy nie wiedział, o co mama go prosi. Bardzo chciał spełnić wszystkie jej życzenia, bo chciał, żeby mama była szczęśliwa i uśmiechnięta. I czuł się bardzo źle, bo mimo jej błagań nie wiedział, jak jej pomóc.

Mama zostawiała go przed bramą krzycząc "oszaleję, jak jest późno!", po czym biegła w stronę samochodu. Łukaszowi było jej żal.

Po całym dniu w szkole i czasem na świetlicy Łukasz wracał do domu w towarzystwie któregoś z dorosłych. Powrót do domu wyglądał dokładnie tak samo jak droga do szkoły. Z tą różnicą, że mama zamiast "jestem już spóźniona" oraz "która to godzina?" powtarzała "nie wyrobię się jutro" lub "tego się nie tak zrobić", tak jakby tłumaczyła się komuś. Tylko jej pieśń błagalna do Łukasza brzmiała niezmiennie tak samo. A tata zawsze rozmawiał przez telefon.

Do kolacji i wieczornej kąpieli Łukaszek bawił się we własnym pokoju. Jeśli babcia nie spała, bawił się u niej albo z nią. Pokazywał jej samoloty i toczył powietrzne wojny. A czasem słuchał opowieści babci. Jednak w ciągu ostatnich miesięcy te zabawy były coraz rzadsze, a babcia przepraszała Łukasza, mówiąc, że akurat tego dnia nie czuje się najlepiej.

Kiedy Łukasz nie bawił się w pokoju ani z babcią, siadał na schodach i w milczeniu obserwował dom. Ojciec siedział przed komputerem w gabinecie albo spał na kanapie w salonie. Mama, jeśli nie czytała dokumentów, to uczyła się niemieckiego.

W weekendy często przychodzili do nich goście. Kuzyni, bliscy krewni i dalecy krewni. Czasem przyjeżdżali z dziećmi i wówczas Łukasz miał się z kim bawić. Raz na dwa tygodnie do Łukasza przychodził jeden z kolegów – najczęściej Bartek albo Michał.

Poza babcią dorośli w ogóle nie słuchali Łukasza, więc chłopiec opowiadał o istotach wyłącznie kolegom. Jednak żaden z nich go nie rozumiał. Kiedyś starszy kuzyn, dwunastolatek o imieniu Marek, wyśmiał Łukasza i nazwał go czubem.

Wtedy Łukaszek opowiedział o istotach babci. Babcia bardzo się zmartwiła i tak wnikliwie przyglądała się chłopcu, aż Łukaszek musiał skłamać, że całą historię tylko wymyślił. Od tej pory już nikomu nie opowiadał o nocnych gościach.

Któregoś wieczoru babcia źle się poczuła. Po godzinie pod dom przyjechała karetka pogotowia i babcia pojechała do szpitala, a razem z nimi tata samochodem. Wrócił, kiedy było już bardzo późno. Przez ten czas mama płakała, a po powrocie tata na przemian to obejmował ją ramieniem, to znowu chodził po salonie i snuł jakieś niezrozumiałe dla Łukasza rozważania.

‒ Idź już spać – powtarzał poirytowanym głosem, kiedy Łukasz wychylał się z pokoju.

Rodzice zasnęli i dom spowiła ciemność zakłócona jedynie małą lampką w korytarzu. Łukasz długo leżał w łóżku i rozmyślał. Martwił się o babcię, nie wiedział, co się z nią stało. Nie wiedział, czy i kiedy babcia wróci oraz kto go będzie odprowadzał do szkoły, kiedy mama i tata nie będą mogli. Zastanawiał się, czy usłyszał już wszystkie opowieści babci.

Łukasz był tak pogrążony w myślach, że nawet nie zwracał uwagi na istoty. Dopiero kiedy zasypiał, poczuł delikatny ruch na łóżku.

‒ To wy ją zabraliście? – zapytał.

‒ Nie. To po prostu starość – odparł chłopiec zrobiony z kurzu. Łukasz stwierdził, że głos tamtego brzmiał nawet przyjemnie.

‒ Co jej się stanie?

‒ Umrze – zawyrokował przybysz, a Łukaszek aż drgnął. ‒ Wszyscy kiedyś umrą.

‒ Mama i tata też?

‒ Tak. Oni też umrą.

‒ Kiedy? – dopytywał chłopiec. Czuł, że oczy ma coraz bardziej wilgotne, a słowa z coraz większym trudem przechodzą przez krtań.

‒ Nie dzisiaj – padła odpowiedź.

‒ Chcę już spać – z trudem powiedział Łukasz.

‒ Śpij.

Łukasz nie wiedział, czy tylko mu się wydawało, czy rzeczywiście poczuł na ramieniu miękką i ciepłą dłoń, ale nie zdążył dobrze o tym pomyśleć, ponieważ zasnął.

Rano wszyscy zaspali, więc rodzice spieszyli się bardziej niż zwykle. Poza tym dzień upłynął jak zawsze. Kiedy skończyły się lekcje, Łukasz został na świetlicy. Robiło się coraz później i w pewnym momencie został jedynym dzieckiem. Odrobił już wszystkie zadania domowe, a nawet zabawa samolotami mu się znudziła. Ile można bawić się samemu? W domu Łukasz też często bawił się sam, ale miał więcej zabawek i była także babcia, a poza tym opustoszała świetlica wydawała mu się taka ponura, że chłopcu zrobiło się smutno.

‒ Zadzwonię po twoich rodziców – oznajmiła pani Elwira, jedna z nauczycielek, które pełniły dyżur na świetlicy. Została tylko ona, reszta pań już dawno poszła do domu.

Łukasz słyszał wcześniej, jak pani Elwira rozmawiała z kimś przez telefon. Chłopiec nie rozumiał rozmowy, ale dotarło do niego, że pani Elwira jest zła, że musi siedzieć tak długo na świetlicy. Dlatego Łukasz narysował obrazek dla pani Elwiry i kiedy nauczycielka czekała na przyjazd jego rodziców, chłopiec wręczył jej to, co namalował. Był tam samolot oraz trzy postaci, dwie kolorowe, a jedna ciemnoszara.

‒ Dziękuję – powiedziała pani Elwira. Była zła, że z powodu niedbalstwa rodziców musiała zmienić plany na wieczór, ale wzruszyła ją postawa Łukasza. Uśmiechnęła się do chłopca. ‒ Rodzice zaraz przyjadą. Coś ważnego ich zatrzymało – skłamała, żeby nie robić Łukaszowi przykrości. Bo tak naprawdę rodzice zapomnieli o chłopcu, ponieważ był to dzień, kiedy z reguły odbierała go babcia.

Łukasz zmartwił się. Przestraszył się, że babcia umarła i dlatego rodzice spóźnili się po niego. Troska odmalowała się na jego twarzy, a nauczycielka pomyślała, że chłopcu jest przykro, bo musi długo czekać na odebranie go ze szkoły.

‒ A kto jest na tym obrazku? – zapytała, żeby zmienić temat.

‒ To jest pani. ‒ Łukasz wskazał na najwyższą postać. ‒ A to ja.

‒ A to?

‒ To mój przyjaciel.

‒ Dlaczego jest taki szary?

‒ Bo jest zrobiony z kurzu.

‒ Z kurzu? – zaśmiała się nauczycielka. ‒ Masz ty wyobraźnię! A dlaczego ma takie czarne oczy?

Łukasz podniósł wzrok na panią Elwirę. Ich spojrzenia spotkały się, a im dłużej Łukasz wpatrywał się w nauczycielkę, tym bardziej kobieta czuła się nieswojo.

‒ Jego oczy to otchłań – powiedział Łukasz poważnym głosem. ‒ Kto w nie spojrzy, ten umrze i na zawsze pójdzie do krainy cieni.

Kobieta już miała się odezwać, lecz wówczas otworzyły się drzwi i do środka weszli rodzice Łukasza. Chłopiec podbiegł do nich i przywarł do ich nóg, próbując objąć obie postaci. Jednak oboje go odsunęli. Mama była zmartwiona, jej codzienny bolesno-błagalny wyraz twarzy zastąpiła troska i zmęczenie. Powtarzała tylko "nie teraz, nie teraz", opędzając się od Łukaszka. A tata przepraszał panią Elwirę. Wyjął portfel, a z niego sto złotych, ale nauczycielka odmówiła przyjęcia pieniędzy.

Do domu wracali w milczeniu.

‒ Czy babcia umarła? – zapytał Łukasz, kiedy mama szykowała go do kąpieli. Kobieta rozpłakała się, a do łazienki wszedł tata.

‒ Daj spokój mamie – powiedział ze złością, a po chwili dodał bardziej miękko: ‒ Nie, jeszcze nie umarła. Ale to kwestia czasu. Idź już spać. Jutro się wykąpiesz.

Tej nocy Łukasz czekał na przybycie istot. Kiedy zobaczył, jak zagęszcza się czerń w okolicy dywanu, a przy lampie i przy samolotach zameldowali się pająk oraz człowieczek bez twarzy, Łukasz uśmiechnął się do siebie. Odczekał jeszcze chwilę, aż na łóżku przysiądzie chłopiec zrobiony z kurzu.

‒ Nie chcę, żeby babcia umarła – powiedział, kiedy łóżko nieznacznie się ugięło.

‒ Wszyscy kiedyś umrą – odpowiedział chłopiec z kurzu tak samo jak poprzedniej nocy.

‒ Ale ona nie teraz. Kocham babcię.

Człowieczek bez twarzy poruszył się, a pająk zrobił kilka kroków do przodu. Nawet plama przysunęła się bliżej.

‒ Tylko wy mnie rozumiecie – kontynuował Łukasz. ‒ Możecie mi pomóc. Możecie jej pomóc.

Zapadła cisza. Chłopiec zrobiony z kurzu delikatnie głaskał Łukasza po głowie. Ciało ziemskiego chłopca drżało w rytm łkania.

‒ Tylko ona mnie dostrzega. Dla innych i tak nie istnieję – powiedział w końcu Łukasz, kiedy opanował płacz.

Jego łóżko otaczały istoty, a chłopiec z kurzu trzymał Łukasza za rękę.

‒ Nie musi umrzeć teraz – powiedział przybysz.

Łukasz podniósł się i usiadł na łóżku. Miał zamknięte oczy. Odwrócił twarz w stronę, gdzie siedział chłopiec zrobiony z kurzu. Od istoty bił przytłaczający zapach stęchlizny, a do nozdrzy dostawał się pył, który drażnił śluzówkę nosa.

Łukasz otworzył oczy i spojrzał prosto w czarne źrenice chłopca zrobionego z kurzu.

Nic więcej się nie wydarzyło. Tylko opustoszały pokój przypominał o ośmiolatku, który pewnej nocy po prostu zniknął. Czasami do pokoju zaglądała babcia, żeby sprawdzić, czy jakimś cudem nic się nie zmieniło. Lecz jedynie coraz więcej kurzu osiadało na łóżku, na lampie i na samolotach stojących na półce, a ciemna plama dywanu stawała się coraz ciemniejsza. Poza tym było cicho.

Warszawa, 1 października 2017r.