Al. Solidarności 129/131, lok. 103, 00-898 Warszawa
+48 604 581 582  

Wewnętrzne dziecko

Osobowość ludzi dorosłych składa się z dziecka, rodzica i dorosłego.

Rodzic to ten, który został w naszej głowie nawet wiele lat po wyprowadzce z domu i założeniu własnej rodziny. To on ciągle nas upomina „posprzątaj po sobie”, „najpierw obowiązki, później przyjemność”, „i znów zepsułeś, ty się do niczego nie nadajesz” lub odwrotnie chwali: „świetnie ci wychodzi”, „poradzisz sobie”. W podświadomej części umysłu mamy te nagany lub pochwały. Niestety nagany i upomnienia wcale nie pomagają nam w życiu...

Dorosły to dzisiejszy człowiek, który idzie do pracy, płaci rachunki, opiekuje się dziećmi.

I wreszcie zostaje nam dziecko. W psychologii używa się terminu „wewnętrzne dziecko”; to część naszej osobowości, która odpowiada za uczucia, emocje, jest ciekawa i kreatywna.  Bo przecież to typowe cechy dziecka.
Co jednak się dzieje, gdy my jako dzieci nie mieliśmy właściwego, dobrego domu rodzinnego, gdzie nie czuliśmy się ważni i kochani?

Gdy dorastaliśmy w poczuciu braku, nieraz całe życie czegoś szukamy, mamy głód miłości i niewłaściwe schematy w umyśle, które nami rządzą i nie potrafimy z nich wyjść popełniając wciąż te same błędy.

To najczęściej DDA (dorosłe dzieci alkoholików), ale także dzieci z tzw. normalnych domów, ale panowała tam przemoc psychiczna, surowe zasady lub lód uczuciowy.

Badania mówią, że 86% naszego dorosłego życia jest ukształtowana w dzieciństwie, tam trzeba szukać niewłaściwych wzorców,  problemów ze znalezieniem partnera i utrzymaniem związku, radzeniem sobie z trudnymi sytuacjami, czasem depresją.

Jeżeli niesiesz cierpienie i ograniczenia z domu rodzinnego możesz  zapisać się do grupy kilku osób, ciągnących ten sam ciężar, którzy chcą wyrównać braki emocjonalne z domu i zmienić przeszkadzające schematy zachowań.

Wewnętrzne dziecko - kim jest?

Jest to jeden z kluczowych elementów osobowości człowieka, wynikający z doświadczeń z pierwszych lat życia. Uosabia dziecięce cechy – radość, ciekawość, spontaniczność. Wewnętrzne dziecko nosi w sobie każdy człowiek. Jest ono uwarunkowane przeżyciami, nie tylko dobrymi i dotyczy relacji z bliskimi - głównie z rodzicami.

Wszystkie polecenia i zakazy, nagrody i kary, odczuwanie lęku i smutku, samotności i żalu, ale także radości oraz zabawy – przyczyniają się do funkcjonowania dorosłego człowieka na płaszczyźnie psychologicznej. Wpływa to na powstawanie schematów zachowań i przekonań, które mogą nas trzymać całe życie.

Jak wyleczyć nasze wewnętrzne dziecko?

Nikt z nas nie lubi stawiać czoła temu, czego się boi. Podobnie jest w przypadku podjęcia działań dotyczących zmiany naszego samopoczucia związanej ze wspomnieniami. Zatem, jak wyleczyć nasze wewnętrzne dziecko? Bardzo dobrą metodą jest poprawa tego, co dostaliśmy złe i niewłaściwe i danie tego, czego nie dostaliśmy, a jest potrzebne do rozwoju. Wyrównanie na poziomie emocjonalnym deficytów niesionych przez wewnętrze dziecko przyczynia się do zmiany jakości życia. Można to zrobić w grupie terapeutycznej lub w pracy indywidualnej.

Po co zajmować się wewnętrznym dzieckiem?

Nasze wewnętrzne dziecko jest często pełne bólu i rozpaczy. Być może dawno temu musiało nauczyć się jak zamykać się na uczucia, jak żyć, aby nie cierpieć. Mechanizmy stworzone w dzieciństwie niestety nie przystają do życia dorosłego człowieka. Ponieważ jednak zostały zapisane w tzw. pamięci automatycznej, świadomie nie mamy do nich dostępu i nami rządzą.

Gdy 4-latki obrzucają się piaskiem w piaskownicy, to nas nie dziwi, ale dlaczego po dwudziestu, trzydziestu czy czterdziestu latach obrzucają się błotem dwaj kierowcy kopiąc opony i samochód? To są ci sami 4-latkowie. Reagują schematami zapisanymi dawno temu i nie zachowują się jak dorośli. To wynik zablokowanej złości, której dziecko nie mogło wyrazić, a odczuwało ją, bo nie otrzymywało od rodziców tych uczuć, które prowadziłyby do właściwego rozwoju emocjonalnego, do odczuwania miłości i akceptacji.

Bez terapii nad wewnętrznym dzieckiem, człowiek odbiera sobie szansę na satysfakcjonujące życie, czy to osobiste czy zawodowe. Zmiany na poziomie neurologicznym, które są niesione od lat, mają też istotny wpływ na pojawiające się choroby przewlekłe.

Spotkania trwają przez 4 miesiące, jeden raz w tygodniu przez dwie godziny (zawsze o 18.00), koszt jednego spotkania  150,00 zł.
Jeżeli jesteś zainteresowany zadzwoń  (604-581-582) lub skontaktuj się drogą e-mail (Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.)

Poniżej bajki oddające uczucia wewnętrznego dziecka:

Bajka
Raz była sobie mała dziewczynka, taka mała Kasia. Był z niej mały urwis. Uwielbiała wspinać się po drzewach, goniac jak szalona za motylami, bawiac sie w chowanego, godzinnami bawić sie w piasku. Nie chciała byc żadna ksieżniczka, raczej wojownikiem, dzielnym rycerzem – takim co potrafi stawiać czoła tym, ktorzy wykorzystuja badź znęcaja sie nad innymi. Kasia była pucułowata i zawsze paradowała ze swoim małym miskiem. Tuliła go gdy było jej smutno, gadała godzinami, maziała sie nim po policzku saczac kakao z butelki.

Mała Kasia uwlielbiała spędzac godziny w ogrodzie babci, gdzie moglł sie bawić, szaleć i marzyc sobie, że jakiegos pieknego dnia jej mama uśmiechnie sie do niej bez powodu, a tata przestanie wiecznie sie na nia dasać. Tak, bo tata i mama Kasi, mało mieli dla niej czasu, ciagle sie kłócili, krzyczeli, a ona uciekala do swojego pokoju i chowała sie zaciskajac uszy, żeby już nie słyszeć, żeby nie myśleć co ona zrobiła znowu, ze rodzice sie złoszcza.

U babci bylo zawsze fajnie, bo było wolno prawie wszytsko. Moża sie było bawić, nawet w błocie, krzyczeć w ogrodzcie. Prababcia Kasi, była bardzo surowa – zawsze pilnowała, żeby wszystko bylo dobrze zrobione.

Pewnego dnia, mała Kasia sama ze swoim miśkiem i dużym kijem wybrała sie na spacer poza płot, na ulice – szła i szła gadajac do miśka, paplała non-stop, przygladajac sie psom, bocianom. Widziała jak ludzie pracuja na polach, napchała buzie agrestem zerwanym z ogrodu i tak sobie szła sama. Nie bała sie, bo zawsze sobie powtarzała, że nie ma co sie bać.

Kasia zgubiła sie, powoli zaczynało sie robić ciemno, nie wiedziała jak wrócić do domu babci, a misiek odwieczny kompan zabaw też nie bardzo wiedział. Kasia stanęła przy drodze, przykucneła i zaczela chlipać. Krokodyle łzy zaczeły splywać po policzkach. Przecież prababcia mówiła żeby nie wychodzić za płot i co teraz. Jak wróci do domu, kto sie wścieknie…
Mała Kasia nie wiedziała co robić. Czuła starch i smutek. A co jeśli nikt nie zauważy ze mnie nie ma. A co jak nie wróce na wieczór. Czuła jak zaczyna drzeć i chlipac. Kasia wiedziała, że nie posłuchała babci i teraz bardzo tego żałowała.

Nagle uslyszla zbliżajce sie kroki, ktoś stapał powoli i o lasce.  Nie wiadomo było skad sie ta postać zaraz wyjawi, bo było juz ciemno. Kasia była przerażona. Buzia zalana łzami. Misek kurczowo wtulajacy sie w Kasie. A ona mówi do niego, nie bój sie bedzie dobrze.

Nagle Kasia uslyszała swoje imie, w sumie niedaleko. W głosie nie bylo slychać złości, ale troske. Kasiu gdzie jesteś – pytała z oddali prababcia Paulina. Kasia ruszyła w kierunku glosu. Mimo, ze czuła starch, zaczeła biec. Zobaczyła babcie która rozłożyła ramiona, by Kasia mogła w nie wbiec. Jak dobrze było sie wtulić w fartuch babci, pachnacy jakimiś pysznosciami z kuchni. Jak dobrze było poczuć jej cepło. Kasia z wahaniem popatrzyła na babcie, ktora spokojym głosem odparła: Urwisie, mowiłam ci, że nie wolno za płot wychodzić. Na pewno juz teraz będziesz o tym pamietać. A teraz chodź dziecinko, wracamy do domu, wszytscy tam na ciebie czekaja. Babcia wzieła Kasie za podbródek i czule cmokneła w nos. Nie byla zła, nie krzyczala, a Kasia przyrzekła sobie, że bedzie sie prababci słuchać i wtuliła sie w jej bok powoli człapaic do domu. Zmęczona, z zapłakana buzia, ale  szcześliwa i bezpieczna.
Mala K


Bajka
Dawno, dawno temu za górami za lasami było królestwo Świerkowo którym rządziła niepodzielnie od wieków rodzina królewska. Król i królowa sprawowali sprawiedliwe i godne rządy.

Mieszkańcy żyjąc w dostatku czuli się szczęśliwi i bezpieczni. Rodzina królewska miała trójkę dzieci, najstarszego syna Gawła który był przygotowywany do objęcia rządów po królu, pilnie się uczył, uczestniczył we wszystkich naukach, dużo czasu poświęcał na rozwijanie swojej wiedzy, Król często spędzał czas ze swoim najstarszym synem dając mu wskazówki jak ma rządzisz, zabierając go często na królewskie narady.

Młodszy syn króla Jeremi był delikatnie mówiąc mniej chętny do nauki czytania, pisania czy poznawania historii swojego królestwa, za to dużo czasu spędzał na podwórku, często ze służbą, bawiąc się i psocąc - nie było tygodnia aby Jeremi nie wymyślił nowej pułapki w którą to wpadali służący czy ludzie króla. Za to tez często lądował na 'dywaniku' u króla.

Swój wolny czas Jeremi spędzał w zbrojowni oraz podpatrując jak rycerze ćwiczą na placu i jak przygotowują się do walki. Ćwiczył tez samemu, lub ze służbą i wierzył ze któregoś dnia te umiejętności mu się przydadzą, marzył aby któregoś dnia stać się rycerzem i dokonać czegoś wielkiego - jednak jego ojciec nie chciał nawet słyszeć o tym, planował ze syn Jeremi zostanie skarbnikiem w królestwie i będzie pomagał najstarszemu synowi w jego zarządzaniu.

Najmłodsze dziecko rodziny królewskiej było dziewczynką która urodziła się w dość późnym wieku rodziców i tym bardziej stała się oczkiem w głowie obojga rodziców - cały swój czas od tej pory spędzali na zaspokajaniu potrzeb ich córki - Eleonory.

Dni mijały, dzieci dorastały a nad królestwem zawisło widmo wojny z odległym sąsiadem - ludźmi lodu ze Wschodniej Krainy. Świerkowo nie było przygotowane na taki rozwój wypadków niemniej przygotowało dużą armie pod wodzą samego Króla.

Jeremi niejednokrotnie prosił ojca aby ten dał mu szanse na uczestnictwo w bitwie - jednak bez rezultatu. Armia wroga przez wiele dni pustoszyła Królestwo niszcząc wszystko co napotkała na drodze, aż podeszła pod sam zamek. Kolejnego dnia miała się stoczyć największa bitwa w dziejach królestwa, która przesądzi o jego losach. Wróg wyglądał na dużo liczniejszego z bardziej zaawansowanym uzbrojeniem w tym katapultami które siały olbrzymie spustoszenie.

Jeremi oglądał z murów jak przeciwnik ustawia swoją armie na wzgórzu przed zamkiem przygotowując się do ataku. W tym momencie Jeremi zrozumiał ze jedyną szansą na powstrzymanie wroga jest zaskoczenie go, dokładnie tak samo jak często robił to na zamku, zebrał swoich przyjaciół którym przedstawił swój chytry plan i wszyscy razem pobiegli w ciemną noc go realizować...

Następnego dnia o świcie armia królestwa stawiła się przed zamkiem aby zmierzyć się z liczniejszymi siłami wroga. Na czele armii Królestwa stał Król który zagrzewał ludzi do ataku, w tym czasie armia ze Wschodniej Krainy zaczęła podchodzić pod zamek, przesuwając powoli katapulty coraz bliżej tak aby wojska przeciwnika były w ich zasięgu. Gdy były już załadowane i gotowe do strzału słychać było odgłos wydawanego polecenia, chwile później z katapult wystrzeliły olbrzymie kamienie, ale o dziwo zamiast skierować się na wojska Królestwa spadły wprost na swoich rycerzy zabijając w jednej chwili setki ludzi gotowych do walki, zaskoczenie było tak wielkie ze w szeregi wroga wkradła się panika. Wykorzystały to wojska króla i ruszyli z impetem na wroga, walka była krótka i zakończyła się zwycięstwem Królestwa.

Przegrani którzy ocaleli obiecali wrócić na swoje ziemie o opowiedzieć o ich klęsce wychwalając potęgę Królestwa.Jeszcze tego samego dnia doszło do króla iż za awarie katapult odpowiedzialny jest jego syn Jeremi, który w nocy zakradł sie od obozu wroga i podciał wszystkie katapulty tak aby zasięg rażenia zmniejszyć do kilku metrów.

Król zawołał po Jeremiego i w obliczu całej świty uściskał go i pogratulował mu jego zaradności, pomysłowości, mianował go też głównym dowódca armii królestwa. od tej pory rozmawiał i konsultował wszystkie ważne decyzje z Jeremim i ufał mu jak nigdy wcześniej. Królestwo znów było bezpieczne.
Jeremi


Joasia
Joasia to mała Joanna. Ma 6 lat i już wie, że kiedyś będzie duża i będą kłopoty. Nie chce być duża. Chce chodzić po podwórku i zbierać rumianek.
Chce iść do sadu i jeść papierówki. Jeździć na rowerze. Wąchać piwonie w ogródku Baby (Baba to babcia Joasi; wszyscy w rodzinie też już mówią na nią ,,Baba”).

Joasia ma kolegę, sąsiada – Krzyśka. Krzysiek jest starszy 5 lat i łowi pstrągi w rzece. To są pyszne pstrągi. Krzysiek jest z biedniejszej rodziny niż Joasia. Mieszka z mamą, babcią i dziadkiem. Jego tata jest w więzieniu.
Krzysiek jest chudy, nosi spodnie przed kostkę i nie nosi skarpetek w mieszkaniu. Jak przychodzi do nas oglądać filmy, to patrzę na te jego gołe stopy w kapciach i jak się kuli z zimna. Zresztą w naszym pokoju nie ma ogrzewania, więc i tak byłoby mu zimno. Mi też jest zimno. Ciągle.

Joasia lubi swojego kota, Pyrka. Jest biały w szare plamki. To miłość na całe życie. Joasia lubi też swoją Babę. Robi z nią kruszonkę, makaron do rosołu, patrzy, jak Baba wkłada pokrojoną cukinię do słoika i jak stoi przy piecu kaflowym i ogrzewa plecy. Jej chyba też jest zimno. Często ma czerwone policzki. Może to rozszerzona naczynka? Mama Joasi też tak ma. W przyszłości Joasia dowie się, że to może być od alkoholu, ale to informacja od cioci Danki, która mówi różne rzeczy. Również to, że pójdzie na akupunkturę z bolącym kręgosłupem, a i tak tego od lat nie robi. Mówi również, że dorosła Joasia musi porozmawiać ze swoim tatą, żeby nie pił tyle alkoholu, a jak Joasia przychodzi do cioci, to widzi, że ciocia dała tacie Joasi piwo. Joasia jest zawiedziona. Komu, kurwa, w końcu można ufać?

Joasia nie lubi, jak przychodzi wujek Rysiek. Sam w sobie jest OK, ale jak stawia na ławie puszki z piwem i mówi: „Pij, Zocha”, to już nie jest OK. Zocha to Zofia – mama Joasi. Zocha często nie chce pić tego piwa, ale wujek nalega: „No pij!”. Joasia jest wkurwiona. No bo przecież jak mama nie chce pić, to po cholerę ją zmusza. Siedzi w tym samym czerwonym fotelu, co Krzysiek w inne dni, patrzy się w TV, czasem coś mówi, mama kręci się w kuchni i wpada napić się tego piwa, a ja siedzę i na to patrzę. I kurwa nie wierzę, że można robić coś, czego się nie chce i że ja nie mam na to wpływu.

W niedziele Joasia chodzi z rodzicami do kościoła. Nie lubi tego, oczywiście. W kościele jest zimno. Ksiądz mówi dużo niezrozumiałych rzeczy i ciągle nawołuje, żeby dawać pieniądze na kościół. Joasia często sobie marzy, że któregoś dnia wstanie i powie, że nie chce słuchać księdza. Chciałaby to zrobić nawet teraz, ale się boi; nogi jakby przytwierdzone do tej ławki były.

Joasia lubi sprzątać. Robi to dosyć wolno, bo wtedy może sobie myśleć i myśleć. I nie musi z nikim rozmawiać.

Dom Joasi jest domem nie tylko Joasi. Mieszka tam Krzysiek z rodziną, wujek Rysiek z Babą, wujek Staszek z okropną żoną – ciotką Elką – i trzema córkami. Są też krowy, kaczki, psy, kury i świnie. Ale tym zajmuje się wujek Staszek. Po
obu stronach drzwi wejściowych rośnie bez – fioletowy i biały. Bez to moja ukochana roślina. Ma cudowny zapach. Po latach Joasia kupi krem do rąk o zapachu bzu i wanilii i się w nim zakocha. O tym kremie powie Joasi kolega Kazimierz. W nim też Joasia się zakocha. I również po latach ciotka Elka zetnie ten bez przy drzwiach!!! Nie wiem, jak wujek mógł jej na to pozwolić. Okropna baba. Jakby wyrwała mi kawałek dzieciństwa. Bo z listków tego bzu Joasia robiła statki i rzucała z drewnianego mostu koło domu. Most był bez barierek, a jednak nikt nie wpadł do rzeki. Ani dzieci ani dorośli po pijaku. A często przecież byli po pijaku.

Joasia ma ukochaną kuzynkę Magdę, która mieszka w domu obok. Jest starsza dwa lata, ma długie czarne włosy i pięknie się uśmiecha. Jej uśmiech daje poczucie bezpieczeństwa. Joasia czuje się fajna w oczach Magdy. Obie lubią bułki z cynamonem z piekarni. Często pakują je do koszyka razem z herbatą w słoiku i idą na piknik za stodołę. Leżą wśród drzew na kocu w dużą kratę. To chyba najmilsze wspomnienie, jakie zapisze się Joasi w sercu. Beztroskie, ciepłe, smaczne.

Magdy mama pracuje w PEWEX-ie i Magda ma super rzeczy. Klocki LEGO, gumy do żucia, fajne ciuchy. Ale i tak najlepiej bawi nam się kolorowymi guzikami. Magdy babcia ma ich mnóstwo. Trzyma je w czerwonej puszce.

Joasia nie lubi chodzić do zerówki. Wstawanie o 6.00 jest straszne. Jest ciemno i zimno. W radiu leci wtedy taka melodia, o której po latach Joasia dowie się, że jest z filmu „Gliniarz z Beverly Hills”. Po 32 latach jest miła dla ucha, ale chyba do końca życia będzie kojarzyła się z tą 6.00 rano i zerówką. Na przystanek idziemy 20-25 minut. Czasem podwozi nas wujek Rysiek. Przedszkole było koszmarem, a zerówka mordęga. Mordęga samotności i niezrozumienia. Plac przed budynkiem w słoneczne dni przypominał Dolinę śmierci w USA. Bałam się, że już nigdy nie wrócę do domu. Zimą nosiłam różowe spodnie od kombinezonu. Wiem, że miały dać ciepło. Ale wtedy czułam się mało stylowo. Były pikowane i na szelkach. I chyba były z Czechosłowacji. Lubiłam tylko te granatowe. Teraz pewnie chętnie zimną chodziłabym w takim ciepłym kombinezonie. Jedzenie w zerówce było paskudne. Jak można spieprzyć gotowanie grysiku?! Do tego stopnia, że ma kożuch. Raz zatrułam się tam barszczem. Był ciepły dzień i pamiętam, jak ten barszcz wylewał mi się z buzi na korytarzu, bo nie zdążyłam dojść do łazienki.

Zerówka to też czas niepewności i spięcia mięśni. 7.30, Joasia stoi z mamą przy drzwiach wyjściowych i łkając pyta, czy mama na pewno po nią przyjdzie. Mama, nieźle już wkurwiona, najpierw zapewnia, że przyjdzie, a potem mówi, że odda Joasię do cyganów. No trauma. Weź się potem baw z dziećmi i rysuj kwiatki. Cyganów dopiero Joasi odczaruje serial „Peaky Blinders”, kiedy Joasia zakocha się głównym bohaterze – Tommym Shelby. To będzie po 30 latach.

Joasia ma w zerówce przyjaciółkę, Karolinę. Jest blondynką i ładnie się uśmiecha. Karolina teraz układa towar w Biedronce i wciąż ładnie się uśmiecha i jest serdeczna. Ale ma dużo zmarszczek, co łapie Joasię-Joannę za serce za każdym razem, jak widzi Karolinę. J myśli sobie, że ma dużo
szczęścia z genami i pracą nie-fizyczną, bo dzięki temu nie ma tylu zmarszczek. No ale Joasia-Joanna ma dużo zmarszczek w sercu. I kręgosłupie. I jelitach. I płucach. I oczach, ostatnio.

Joasia ma już 7 lat. Jedzie z mamą, mamy koleżanką z pracy i jej dwoma synami na Krym. Trzy dni w pociągu i przeciągu. Z uchodźcami, jak się Joasia dowiaduje. Na Krymie jest ciepło. Woda w morzu jest ciepła nawet późnym wieczorem. I to jest cudowne. Jemy naleśniki z serem, ciastka marchewkowe, pijemy kwas chlebowy z jakiejś mini ciężarówki (pod nim znajdę kopiejkę), no i klasyczny, jak się okaże po latach w „Mistrzu i Małgorzacie”, napój morelowy. A może on był brzoskwiniowy? Jedziemy zwiedzać Jałtę. A właściwie to kupić bilety powrotne do Polski. Siedzimy w recepcji w dużych skórzanych fotelach i patrzymy na automat z amerykańskimi napojami w puszce. Nie smakuje nam kawior. Za to winogrona jemy wiadrami. Mamy handlują na plaży klipsami, koralami i gumami do żucia. Płakać się chce na myśl o tym, że ktoś tak bardzo chciał gumę do żucia.

Wiecie, dlaczego Joasia nie będzie lubiła jeździć pociągami przez kolejne kilka lat? Jak wracają do domu, to na granicy okazuje się, że mają za dużo pieniędzy. Mimo że i tak sporo zostało pochowane w czekolady mleczne (takie niebieskie opakowanie z mewami). Mamy wysiadają i mają coś kupić w barze, ale tam tylko jajka z majonezem, kiełbasa i karaluchy. Podczas gdy mamy tak sobie „robią zakupy”, pociąg rusza. Z dziećmi na pokładzie. Joasia, Marcin i Michał. Lat 7-7-9. Dzieci wrzeszczą, płaczą i szarpią za okno, bo chcą wyskoczyć. Okno jednak się nie otwiera. Przychodzi konduktorka i coś tłumaczy. Przynosi herbatę z samowaru. Po jakimś czasie polną drogą wzdłuż tej kolejowej jedzie pomarańczowe auto. Pociąg się zatrzymuje i z auta wysiadają mamy. Wszyscy pytają je, jak to zrobiły, że oni zatrzymali pociąg i je puścili, a nie wysłali na Sybir (rok1989; nie ma przebacz). Moja mama złapała urzędnika za koszulę i mówiła, że tam są małe dzieci. On, że widział, że nie małe dzieci. Coś tam się jednak musiało jeszcze wydarzyć. Może ten matczyny instynkt walki o dziecko może tak przekonać. Pamiętam, jak mama była ubrana. Miała koszulkę w paski, dżinsy jasne z podwiniętymi nogawkami i czerwone klapki, chyba plastikowe. Mama często opowiadała tę „przygodę” na spotkaniach towarzyskich, ale Joasia nie lubiła tego słuchać.

Za to Joasia bardzo lubi świat filmu. Ogląda do późna rozdanie Oscarów (po zapewnieniu rodziców, że rano bez marudzenia wstanie do szkoły), czyta FILM i wycina zdjęcia aktorów i aktorek. Czyta też dużo komiksów i modli się (chyba tylko o to się modli), żeby mieć strój Batmana i pomagać ludziom. Te filmy to zbawienie. Dużo osób jest tam pogubionych, jak Joasia. Joasia zna wiele filmów na pamięć. Ogląda je dzień w dzień. Joasia chce pojechać do USA. Pojedzie tam w 2012 roku, ale spędzi czas inaczej niż zamierzała.
Czekacie pewnie na dobre zakończenie? No dobra – macie je.

Pewnego dnia Joasia mija Cygankę na ulicy. Wciąż się ich boi, więc chciałby minąć ją szerokim łukiem. Cyganka się zbliża i mówi: „Nie dostaniesz stroju Batmana, bo nie jesteś gotowa na to, by pomagać innym ludziom. Musisz najpierw zadbać o siebie. Zrób dziś coś, co lubisz, a dostaniesz to, czego
potrzebujesz.”. Słowa te wydały się Joasi dziwne. Nazbyt poważne. Ale był 2 marca – wigilia urodzin Joasi i rozdanie Oscarów. Tej nocy nagrodę odebrali: „Król Artur i rycerze Okrągłego stołu” (król Artur to kolejna miłość Joasi), dokument o wierzeniach średniowiecznej Szkocji i animacja o smoku poszukującym przyjaciela. Joasia usnęła.

Kiedy się obudziła, miała na sobie długą, szarą, dopasowaną w talii sukienkę, wełniane podkolanówki i rozpuszczone, poczochrane lekko włosy. Siedziała w dużym fotelu przy kominku. Patrzyła w ogień i rozmawiała z... no ze swoim Smokiem! Absolutnie wyjątkowym, szaro-zielonym z pokarbowaną skórą. W oddali słychać było krzątanie się kobiet w kuchni, gotowanie owsianki i rozgrzewającego porannego naparu z ziół. Mężczyźni wyruszali na poszukiwania czegoś-tam, brzęczały miecze, zbroje, sakwy napełniano jedzeniem. Coś wisiało w powietrzu. Ale Joasia czuła się bezpieczna. Czuła ciepło kominka, lekkie drapanie wełnianego koca i wierność Smoka. Mogła znów zapaść w głęboki i bezpieczny sen.

Zamiast stroju Batmana, o który tak gorliwie się modliła, Joasia dostała kaftan bezpieczeństwa dla siebie. I za każdym razem, gdy było jej smutno i źle, wracała na ten ciepły fotel w średniowiecznym zamku.


Bajka
Dawno, dawno temu przyszła na świat mała kuleczka. Rodzice kuleczki nie poświęcali jej tyle czasu i uwagi ile ona by chciała. Mama i tata ciągle byli zajęci pracą, dlatego kuleczka wiele razy czuła się smutna i samotna. Często leżała w swoim łóżeczku oglądając sufit.
Po jakimś czasie na świat przyszła również siostra kuleczki. Niestety kiedy siostra trochę podrosła, kuleczka musiała pilnować i opiekować się siostrą. Nie miała czasu na własne zabawy. Kiedy bawiła się razem z siostrą ciągle musiała oddawać jej swoje zabawki, bo przecież siostra była młodsza. Rodzice ciągle powtarzali: Ustąp siostrze, Ty jesteś starsza i mądrzejsza. Kuleczce bardzo często było smutno, bo ona też chciała bawić się zabawkami 
a kiedy próbowała powiedzieć to swoim rodzicom, oni jej nie słuchali. W takim poczuciu niesprawiedliwości kuleczka żyła przez wiele lat. W końcu zaczęła szukać pocieszenia w jedzeniu. Szczególnie upodobała sobie wszelkiego rodzaju słodycze. Niestety słodycze nie służyły kuleczce, ale ona o tym nie wiedziała. Jadła je i chorowała. I tak mijały lata.
Z małej kuleczki zrobiła się wielka i ciężka kula. Coraz wolniej się turlała i coraz więcej wysiłku ją to kosztowało. Coraz więcej osób zaczęło przezywać kulę i dokuczać jej, bo nie podobało im się że jest taka wielka i ociężała.
Nikt nigdy (nawet rodzice) nie mówili kuli jaka jest ładna, mądra i kochana. Kula zaczęła się dużo uczyć, bo chciała wszystkim udowodnić jak bardzo jest wartościowa. Nawet sukcesy w nauce nie sprawiły jednak, że rodzice powiedzieli jej że ją kochają. Kula stała się bardzo skryta i niechętnie opowiadała innym o tym, co czuje. Coraz bardziej pogrążała się w smutku i pocieszała słodyczami.
Przyszedł w końcu taki dzień, że kula już nie mogła się toczyć. Zrozumiała, że nie jest z nią dobrze. Stwierdziła, że czas coś z tym zrobić i przestała jeść słodycze. Minęło trochę czasu i z tej ogromnej ciężkiej kuli zrobiła się całkiem fajna kulka, która mogła turlać się gdzie chciała i nie sprawiało jej to żadnego kłopotu. Kulka zaczęła coraz więcej czytać, rozwijała się duchowo. Doszła do wniosku, że musi pokochać siebie samą taką jaką jest. Kiedy w końcu kulka zaczęła czuć się dobrze sama ze sobą, kiedy potrafiła już powiedzieć sobie że kocha siebie (robiła to często stojąc przed lustrem i patrząc sobie w oczy), jej świat się odmienił.
Kulka pokochała siebie i swoje okrągłe wcielenie. Okazało się też, że inni zaczęli traktować ją dużo lepiej, że zaczęli okazywać jej miłość, przyjaźń czy po prostu sympatię. Coraz częściej kulka rozmawiała z innymi i dzieliła się swoimi uczuciami.
Od tej pory kulka żyje w szczęściu otoczona wieloma przyjaciółmi, którzy zawsze ją wspierają. Jest radosna i bardzo szczęśliwa.
Agnieszka


Rodzinna tajemnica
Pewnego chłodnego wiosennego dnia, w domku na przedmieściach przyszła na świat mała dziewczynka. W domku tym mieszkali już jej rodzice, starszy brat i dziadkowie – istna pełna chata. Jednak obraz domku odbiegał od obrazka pełnej chaty, który dziewczynka miała w swojej małej główce i serduszku przychodząc na świat. Każdy z rodziny zajęty był swoimi ważnymi i nie cierpiącymi zwłoki sprawami. Nie działo się w tym domku nic złego, ot zwykła rodzina, nie bogata, nie uboga, każdy miał materialnie wszystko, czego do życia potrzebował, nie było w domku ani przemocy ani awantur, jednak mimo ogrzewania i szczelnych okien w domku tym panował dziwny chłód nieznanego pochodzenia, którego nie pokazywał żaden termometr, ale wszyscy w domku go odczuwali. Odczuwała go też dziewczynka, która chętnie ogrzałaby się w objęciach bliskich, ale chyba tylko jej wydawało się, że przytulenie może dać trochę ciepła, inni pilnie zajmowali się swoimi sprawami i chyba myśleli że tylko swoją pracą są w stanie zapewnić sobie ciepło, oraz że jeśli się nim podzielą – sami zmarzną, zdawali się też nie widzieć że można w rodzinie współpracować czy przytulać się i wytworzy to więcej ciepła. Dziewczynka zauważyła, że skóra jej bliskich jej szorstka i chłodna – myślała, że może tak z wiekiem dzieje się z ludzką skórą. Długo nie znała źródła chłodu, jednak w domku odczuwała coraz częściej niepokój, smutek i samotność, a coraz rzadziej zdarzały jej się chwile dziecięcej radości, mimo że była jeszcze małym dzieckiem. Bawiła się sama, samiuteńka na dywanie i miała wrażenie, że dla wszystkich zajętych pożytecznymi sprawami mieszkańców jest niewidzialna i nieważna. Czasem tylko, gdy chorowała, mama przez chwilę zwracała na nią uwagę i zdarzały się nieliczne momenty kiedy dziewczynce udawało się namówić mamę by przeczytała jej ulubioną, a zarazem najdłuższą z całego zbioru baśni - baśń – tę o Królowej Śniegu.
Pewnego dnia dziewczynka zauważyła w domku tajemne drzwi, których dotąd nie dostrzegała. Trochę się obawiała co za nimi znajdzie, gdyż czuła bijący od nich chłód – najwidoczniej było to źródło tajemniczego chłodu w domku. Przycupnęła przy nich ze swym ukochanym misiem i czekała. Po pewnym czasie zauważyła, że drzwi otworzyły się i wyszedł z nich jej starszy brat, jednak było w nim coś dziwnego. Jego oczy były zimne i nieobecne – wyglądały dokładnie tak, jak w jej wyobraźni wyglądały oczy małego Kaja, gdy był zaczarowany spojrzeniem Królowej Śniegu, zupełnie nie zauważył siedzącej pod drzwiami dziewczynki, a jego skóra też była jakby pokryta warstwą pyłu. Za jakiś czas pośpiesznym krokiem z bardzo napiętą i skupioną miną do drzwi podeszła mama dziewczynki by za nimi zniknąć. Gdy wyszła – jej wzrok również był nieobecny, a skóra pokryta jakąś zastygającą paćką. Dziewczynka zaciekawiło odkrycie, więc coraz częściej bawiła się w okolicy tajemniczych drzwi. Nikt jej tam nigdy nie zauważył – jeśli bowiem ktoś akurat zmierzał w ich stronę zwykle był skupiony i w pośpiechu i trochę jakby bał się że zostanie przyłapany, a gdy członkowie rodziny wychodzili – bił od nich chłód większy niż zwykle, a oczy ich były jak głębia oceanu, piękne, zimne, ale też straszne i nieludzkie – a przede wszystkim - nie widzące, może takie właśnie oczy mają roboty?
Pewnego dnia, wiedziona dziecięcą ciekawością dziewczynka, postanowiła przemóc swój lęk i sprawdzić co mieści się za tajemniczymi drzwiami. Weszła. Za drzwiami znajdował się jesienno-zimowy ogród – chłodny i surowy. Drzewa i krzewy były pozbawionymi liści kikutami, trawa była brązowożółta i pokryta szronem. Dziewczynka poczuła, że marznie. Jednak zaraz za krzewem znajdowała się mała sadzawka. Kłęby pary unoszące się nad wodą dawały obietnicę ciepłej, miłej kąpieli. Dziewczynka szybko się rozebrała i wbiegła do wody. Cóż to było za miłe uczucie – chłód dokoła a jednocześnie ciepła woda – jak mycie rąk w ciepłej wodzie po przyjściu z długiego zimowego spaceru. Sadzawka położona była na glinie, woda nie była zatem przejrzysta, lecz mętna i trochę straszna, ale za to uczucie miękkiej ciepłej gliny przeciskającej się między paluszkami stópek gdy się chodziło i obklejającej miłym uściskiem ciało, było na tyle wspaniałe, że wynagradzało mętność wody. Dziewczynka wytaplała się w glinie a potem położyła się na płyciźnie tak, że tylko twarz wystawała jej z wody i rozkoszowała się leżeniem. Zauważyła, że nie czuje już ani samotności ani smutku, ani lęku – glina tak miło ją otulała.
Od tego czasu dziewczynka regularnie zażywała błotnych kąpieli i nawet nie zauważała, że po każdej z nich cienka warstwa niezmywalnej gliny zostaje na jej ciele i powoduje że coraz mniej czuje, oraz że chodzenie do sadzawki powoduje u niej poczucie wstydu, zaczęła za to, jak inni dzielnie iść przez życie wykonując skrupulatnie wszystkie ważne zadania, nawet nie zastanawiając się czy mają one sens i są w ogóle potrzebne.
Lata mijały, dziewczynka dorosła i – jak wcześniej jej mama i babcia i wszystkie kobiety z rodziny założyła własną rodzinę. Miała męża i własną dwójkę dzieci. Pracowała pilnie i dużo, dbała by w jej domku było wszystko, co potrzebne – jedzenie, ubrania, leki. Oczywiście, odwiedzała też tajne bajorko, które jakimś cudem dostępne było również z jej mieszkanka. Nie zauważała nawet grubej skorupki z gliny która przez lata osadziła się na jej ciele. Była to bowiem zaczarowana glina – Ci, którzy mieli ją na skórze zupełnie nie zauważali jej na swoim ciele ani na ciele innych osób. Co więcej glina powodowała nieodczuwanie większości uczuć – jedne z nielicznych uczuć, które się przez nią przebijały to te z końca alfabetu wstyd, zawiść, zazdrość, złość i żal i jeszcze lęk – w sumie nie wiadomo dlaczego akurat lęk ze środka alfabetu. Te z początku alfabetu jak bliskość czy czułość jako pierwsze glina usuwała z odczuwanych przez tych, co mieli z nią styczność, potem usuwała też miłość czy parę nierozłączną – smutek z radością.
Pewnego dnia jednak zdarzyło się coś dziwnego - dorosła dziewczynka usłyszała o czułości i miała za zadanie napisać jak się czuje jej ciało, gdy ona doświadcza tego uczucia. Starała się bardzo – tak przyzwyczajona wykonywać skrupulatnie i najlepiej jak potrafiła wszystkie zlecone jej zadania, ale mimo prób nie była w stanie tego zrobić – tak dawno czułości nie doświadczyła – nie umiała jej odczuwać, gdy inni ją nią obdarzali, ani też nią obdarzać. Poczuła za to tęsknotę – tęsknotę za czułością i bliskością. To uczucie tęsknoty sprawiło, że glina w pewnym miejscu pękła, a wówczas dziewczyna poczuła ciężar grubej warstwy gliny którą bez przerwy nosiła na swojej skórze, warstwa była już tak gruba, że dziewczyna nie była w stanie już chodzić prosto, lecz ciągle w przygarbieniu. Krępowała też ruchy, nie pozwalała się przytulać ani czuć ciepła z przytuleń – choć dziewczynka siedząca w środku skorupki marzyła o przytuleniach. Zauważyła też, ku swojemu przerażeniu, że jej dzieci również mają na sobie warstwę gliny i nieobecne, zimne spojrzenia – widać oni też zdążyli już znaleźć drogę do tajemnej sadzawki i zapewne wielokrotnie już z niej korzystali. Zaczęła szorować synów, lecz to nic nie dawało – wręcz przeciwnie – gruba warstwa gliny, którą jeszcze miała na sobie – roztapiała się i oblepiała dzieci. Dziewczyna zasmuciła się – chętnie skorzystała by z sadzawki, aby zmyć smutek, ale wiedziała – że to kosztuję utratę innych uczuć z początku alfabetu, których już nigdy nie chciała zagubić. Siedziała więc w fotelu nie pędząc i nic nie robiąc, ale w smutku i zadumie a glina schła i schła na jej ciele – nienasączana wodą z sadzawki - aż pojawiło się coraz więcej pęknięć i glina zaczęła powolutku odkruszać się z jej ciała. Dziewczyna zorientowała się, że dopiero teraz może przytulić swoje dzieci i pobyć z nimi blisko, na co wcześnie skorupa nie pozwalała. Zauważyła też, że jej skóra jest gładka i ciepła – przy jej cieple grzały się jej dzieci a skorupka na nich wysychała i również powoli odpadała. Siedząca w skorupie dziewczyna bardzo cieszyła się, że może z niej wyjść – skorupka była ciężka i zdecydowanie za ciasna dla dorosłej osoby, zresztą dziewczyna uznała, że chyba już czas stać się wyprostowaną kobietą kroczącą przez życie bez żadnego ciężaru na ciele, ale za to czującą i potrafiącą obdarzać innych uczuciami. Pozwoliła sobie poczuć mocniej i więcej i nawet dać się targać sprzecznymi emocjami – uczucia pozytywne i negatywne – targały nią jedne po drugich, jakby siedziała na rollercoasterze, ale zupełnie nie miała już ochoty na kąpiele w sadzawce, miała pewność, że tak jak na huśtawce – gdy mocno huśtniesz się do tyłu, później musisz mocno huśtnąć się w przód, a z czasem huśtawka zatrzyma się w miejscu idealnej równowagi, więc cierpliwie czekała ciesząc się spokojem który nagle zagościł w jej domu. Zauważyła też, że tajemnicze drzwi z dnia na dzień robią się mniejsze i mniejsze by po pewnym czasie zupełnie zniknąć z przedpokoju.
Angelika


Bajka
W dużym mieście, na małej, kolorowej ulicy mieszkało kilka rodzin z dziećmi. Jeden dom wyróżniał się szczególnie, gdyż zawsze w nim pachniało ciastem, chlebem, a muzyka wiecznie wypełniania wszystkie ściany. W tej rodzinie mieszkała mama i tata ze Szymkiem i Zosią. Jasiek lubił zbierać motyle i czytać książki w samotności ze swoją gromadką – Jaśkiem i Marysią. Marysia z Szymkiem ciągle robili wszystkim psikusy, lubili swoje towarzystwo i nigdy nikogo nie potrzebowali. Natomiast najmłodsza z rodzeństwa – Zosia miała swój świat. Była jakby zawsze nieobecna. Miała swojego pluszaka Kinie i pieska Reksia, z którym dzieliła nie tylko posłanie ale i wszystkie posiłki od śniadania do kolacji. Zosia była najcichszym dzieckiem. Czasem miało się wrażenie, jakby Zosia znikała. Ale ciałem dalej pozostawała pośród innych.
Pewnego dnia Zosia zaczęła odkrywać w sobie supermoc, właśnie na znikanie. Kiedy bała się, lub nie wiedziała, co czuje  - znikała. Była w pomieszczeniu, ale była niewidoczna.
Na początku odkrycia w sobie tej mocy,  Zosia się przestraszyła. Nie rozumiała czy na coś jest chora, czy śni. Z czasem, zaczęła się do tego przyzwyczajać, wręcz przyszły takie dni, kiedy zaczęła przyzwyczajać się do wiecznego strachu czy braku zwerbalizowania swoich uczuć i była już cały czas niewidzialna. Jaką ona miała frajdę, kiedy mogła mówić i nikt jej nie słyszał. Jak w końcu nikt jej nie pouczał, nie przerywał, nie porównywał, nie krzyczał czy nie zauważał- bo po prostu chciała i była niewidzialna dla nikogo.
Tak mijały jej dni i noce, w końcu zaczęło Zosi być przykro, bo brakowało jej towarzystwa. Troszkę już nie umiała być widoczna, więc była cały czas sama.
Kiedyś na swojej drodze spotkała małą Karolinkę. Jak Zosia się ucieszyła. Karolinka była brunetką i miała piękne, głębokie oczy. Lubiła się uśmiechać, ale nie lubiła swojej rodziny. Też odkryła w sobie moc na znikanie, kiedy źle się czuła. Dziewczyny dużo się bawiły, jadły lody, chodziły po kałużach i spały do południa, a chodziły spać, kiedy już sowy pohukiwały. Jakie to były piękne dni. Ale dziewczynki nagle poczuły się znowu osamotnione, zrozumiały, że ich towarzystwo potrzebuje jeszcze większego wsparcia, żeby w tym znikaniu nie było tak pusto i przykro. Spotkały Dorotkę – w okularach, uśmiechniętą, która miała młodszą, wiecznie płaczącą siostrę, dlatego też lubiła znikać, żeby znowu być samą. Dziewczynki szybko się zaprzyjaźniły. Plotły sobie warkocze, śmiały się, miały nawet pieska. Ale znowu przyszedł czas, którego Zosia już się obawiała, czyli czas smutku, i zdania sobie sprawy, że czegoś im brakuje. Wtedy pojawiła się na ich drodze całkowicie mokra Angelika. Angelika miała grzywkę, czerwoną sukienkę na szelkach i była na bosaka. Dziewczynki zapytały się, czemu Angelika jest mokra i czemu nie ma butów. Na to Angelika powiedziała, że miała swój stawik w domu, w którym lubiła się kąpać, bo wtedy jej emocje znikały. Ale pewnego dnia za mocno zanurkowała i płaszczka ją ukąsiła więc uciekła stamtąd w try migi. Postanowiła tam nigdy nie wracać ani też nigdy nie wracać do swojego domu. Tak więc wędrowała i odkryła, że bycie niewidzialnym jest frajdą i tak spotkała nasze dziewczyny. Dziewczynki szybko zaczęły mieć kontakt. Plotły warkocze, piekły ogromne chleby, karmiły łabędzie, latały w nocy na mądrych sowach. Tak się cieszyły idąc spać wtulone w siebie. W końcu były szczęśliwe i nikogo nie potrzebowały. Po jakimś czasie problem samotności i tak dziewczyny dotknął, mimo tak dużego już grona.
Wtem pojawił się Dawid i Piotrek – dwóch urwisów. Dawid znikał i był niewidzialny, bo bał się, że mając uczucia tata nigdy go nie pochwali, natomiast Piotruś znikał, bo nie czuł się dobrze z rodzicami, których i tak wiecznie w domu nie było. Więc kiedy Piotrek i Dawid zauważyli, że mają supermoc znikania i bycia niewidzialnymi, szybko to wykorzystali i postanowili już tylko tak się czuć, żeby być niewidzialnymi.
Grupka szybko się ze sobą zaprzyjaźniła, jeździli dużo na rowerach, zwiedzali świat, latali na grzbietach ptaków hen hen daleko. Byli tacy szczęśliwi. Niestety czas niepokoju i smutku nadszedł. Nagle cała gromada zaczęła odczuwać pustkę. I wtem spotkali Madzię, która przyniosła im pyszne pączki i opowiedziała swoją historię, dlaczego zaczęła znikać - wstydziła się, wszystkich i wszystkiego, no i przede wszystkim siebie. Więc wstyd ją prowadził do strachu, a strach powodował, że mała Madzia znikała. Madzia bardzo się ucieszyła, kiedy cała gromadka serdecznie i ciepło przyjęła ją do siebie. Pięknie spędzali każdy wspólny dzień, kosili trawę, sadzili kwiatki i opalali się w pełnym słońcu. Ach, jak było im cudownie!!
Wtem nadszedł czas bezsensu, kiedy dzieci wiedziały, że coś musi się stać, bo czują pustkę. I zobaczyły małą Hanię, która za rękę trzymała małą Kamilkę. Dziewczyny były ubrane w piękne falbaniaste sukienki. Hania tak się cieszyła, że mogła zniknąć i dzięki bańce, w której byli, nie czuć lęku przed światem. Natomiast Kamilka cieszyła się, że wreszcie może się uśmiechnąć i ktoś odwzajemni jej uśmiech. Kamilka zniknęła, bo i tak w domu dla innych była niewidzialna, więc jak odkryła, że może być niewidzialna i mieć tylu przyjaciół, to w końcu jej serduszko zaczęło rosnąć!
I tak w naszej gromadce było już 9 osób, każdy szczęśliwy, bo wszystkie dzieci bardzo się rozumiały i wcale nie tęskniły za swoimi rodzinami, czy swoimi życiami.
Jednak pewnego dnia Zosia poszła zrywać wiśnie i zaczęła płakać – bo przypomniała sobie, że wiśnie zawsze zbierała z babcią Anią, i nagle poczuła ogromną tęsknotę do niej. Tak więc usiadła na kamieniu i zaczęła wkładać wiśnie do kosza, a jej szloch usłyszała sowa. Sowy słyną z tego, że są mądre i wiedzą więcej niż ludzie. I tak też było i z tą sową. Sowa zapytała Zosi – czemu płaczesz?, Zosia odpowiedziała – bo tęsknię za moją babcią. Sowa odpowiedziała - A czemu nie jesteś tu ze swoją babcią? Natomiast Zosia odpowiedziała – Ponieważ lepiej mi bez niej, żyję tu ze swoimi przyjaciółmi. Sowa odpowiedziała – Nie możesz wyrzec się swojej rodziny i żyć w wiecznej przyjemności. Jeśli jest coś, co chciałabyś powiedzieć swojej mamie, tacie czy babci, a boisz się, to pomyśl, że tak jak Ty za nimi tęsknisz, tak oni za Tobą tęsknią. Pamiętaj, że oni tak samo Ciebie potrzebują jak Ty ich. Nie bój się tego uczucia, ono jest dobre i bardzo ludzkie. Zosia spojrzała głęboko w oczy sowy i powiedziała – Sowo jak masz na imię ? Sowa odpowiedziała – Alicja. Sowo Alicjo - proszę powiedz, co mam zrobić? ja chcę wrócić do mojej rodziny. Przestań się bać, idź do swoich przyjaciół i powiedz im, żeby też przestali się bać i odważyli się żyć i kochać siebie i swoich bliskich.
Zosia czym prędzej pobiegła na ognisko, które zorganizował Piotrek i Dawid i głośno powiedziała – Kochani przyjaciele, zawsze jak będziemy się bać, mamy siebie i  możemy siebie odnaleźć tu, ale czas wrócić do naszych rodzin, bo oni za nami tęsknią i bardzo kochają. Ale pamiętajcie – jeśli będzie Wam smutno czy będziecie się bali – zawsze tutaj kogoś z nas spotkacie i pocieszycie się. Dzieci mocno się do siebie przytuliły i poczuły ogromną chęć bycia z rodzicami. I tak też się stało.
Od tego czasu – jak któreś  z naszych bohaterów było smutne lub się bało – znikało, i zawsze miało swojego przyjaciela obok, którego mogło przytulić i wrócić do swoich rodziców z poczuciem, że strach, to tylko przytulenie do siebie i przyjaciół.
Zosia


Bajka o małej Żuczce
Dawno temu w ogromnym, gęstym i ciemnym lesie, w poszyciu z mchu mieszkała rodzina Żuków. Pani Żukowa dzień za dniem krzątała się po domku z muchomora, sprzątała, gotowała i pilnowała aby każdy wykonywał swoje żucze obowiązki. Pan Żuk też miał swoje. Całe dnie spędzał w fotelu z szyszki nie ruszając się zbyt wiele. Jego pancerz od lat zdobiły porosty, które jak wiadomo do życia potrzebują ciszy i spokoju, a to Pan Żuk mógł im zapewnić, gdyż w odróżnieniu od Pani Żukowej z rzadka wydawał z siebie pomruki.
Państwo Żukowie mieli dwie grzeczne córki, które z gracją wypełniały polecenia Pani Żukowej wyrażane gestem lub spojrzeniem i rosły na dzielne żuczki. Ich pancerzyki nabrały już nawet pewnej twardości.
Pewnego marcowego poranka, gdy za oknem szalała zamieć, żuczy spokój zburzyło pukanie do drzwi. Pani Żukowa wyjrzała przez okno. Przed drzwiami stała malutka postać przypominająca żuka otulona w zwiędły liść. Przez ciało Pani Żukowej przebiegła fala wstydu, gdyż nie była przygotowana na tego nieproszonego gościa. „Jak można tak bez zapowiedzi!?”- pomyślała. Pan Żuk zgodził się otworzyć mu drzwi pod warunkiem, że będzie to prawdziwy żuk - żuk chłopiec.
Drzwi zostały uchylone i do przedpokoju wbiegła Malutka Żuczka. Była bardzo ciekawskim i radosnym stworzonkiem. Ruchliwymi czułkami dotykała gospodarzy patrząc im głęboko w oczy i rozsiewała wokół uśmiechy. Rodzina Żuków czuła się nieco zdezorientowana. Przez ich głowy przebiegały dziesiątki pytań: Skąd wzięło się to stworzenie?! Dlaczego jest takie ruchliwe i głośne?! Co znaczy ten grymas twarzy!? Dlaczego ona cały czas na nas patrzy!?
Pan Żuk mruknął ze swojego fotela:
 - I w dodatku wcale nie wygląda na prawdziwego żuka…
To mruknięcia Żuczka usłyszała…Popatrzyła niepewnie wokół…Jej małe serduszko biło bardzo szybko… Mała żuczka pierwszy raz w swoim króciutkim życiu się zawstydziła. „Nie jestem prawdziwym żukiem…” – pomyślała, a głośno powiedziała:
- Jeżeli pozwolicie mi zostać, to postaram się z całych sił nie sprawiać wam kłopotów i być najgrzeczniejszą żuczką na świecie! Zrobię wszystko, tylko nie wyrzucajcie mnie na śnieg!
Pan i Pani Żukowa pokiwali głowami ze smutkiem. Pani Żukowa westchnęła głęboko i powiedziała:
- No cóż…Skoro nie jest żukiem – chłopcem, a i tak już wpuściliśmy ją do domu, to trzeba będzie zrobić z niej choć prawdziwego przedstawiciela naszego gatunku żeby nie przynosiła nam wstydu. Żuczkę z twardym pancerzem, ostrożną, grzeczną, pracowitą, skromną i cichą. Tak, przede wszystkim cichą, jak na prawdziwego żuka przystało!
Tak więc Malutka Żuczka została z żuczą rodziną i pilnie uczyła się żuczych zasad panujących w domku z muchomora. Trzeba przyznać, że szybko przyszło jej opanowanie ciekawskich czułek i ruchliwej twarzy. Jak wiadomo twarz prawdziwego żuka nie zdradza żadnych emocji. Chroni to przed jakże niebezpiecznym światem! Jeśli wróg żuka nie wie co żuk czuje, to daje mu to ogromną przewagę w walce! Tak, tak… życie żuka to ciągła i mozolna walka o każdy dzień! Tę ważną prawdę Mała Żuczka wyryła sobie na pancerzyku kolcem leśnej jeżyny, żeby nigdy o tym nie zapomnieć. A pancerzyk z każdym dniem stawał się twardszy, z czego Mała Żuczka była niezmiernie dumna. Parę razy nawet chciała pochwalić się tym żuczej rodzinie, jednak za każdym razem Pani Żukowa kiwała głową z dezaprobatą marszcząc brwi, a Pan Żuk najczęściej nie spojrzał, gdyż zajęty był doglądaniem coraz dorodniejszych porostów schodzących już z pancerza na jego odnóża.
Choć zima już dawno minęła, gęste poszycie lasu nadal okrywał cień, a tu i ówdzie leżały połacie śniegu. Żucza rodzina zjadłszy już wszystkie zimowe zapasy zmuszona była wypuszczać się coraz dalej od domku z muchomora, aby znaleźć coś do jedzenia. Nikt z nich tego nie lubił, bo to zawsze wiązało się z niebezpieczeństwem. Wszędzie czaiły się głodne wrony, myszy i jaszczurki. Każdy żuk wie, że najlepiej jest poruszać się w gęstym mchu pachnącym bezpiecznie zbutwiałymi liśćmi, tam gdzie żadne z tych stworzeń nie wypatrzy żuka. No i przede wszystkim nie wolno zadawać się z żadnym obcym! Porządny żuk rozmawia tylko z innym żukiem. Te wszystkie muszki, koniki polne, ślimaki! Kto to słyszał żeby unosić się w powietrzu, skakać tak wysoko, czy nosić dom na plecach!
Mała Żuczka pilnie trzymała się tych zasad. Im bardziej oddalała się od domku w poszukiwaniu pożywienia, tym większy był lęk. Zawsze wtedy spoglądała na swój pancerzyk w kolorze głębokiej zieleni, gdzie widniało: „Nigdy nie pokazuj emocji”. Wtedy bicie serca spowalniało i Żuczka nie czuła już lęku. Prawdę mówiąc nie czuła już nic…
Dni robiły się coraz dłuższe i czasem nawet na połać mchu, gdzie stał domek z muchomora padały nieśmiało promienie słońca. Mała żuczka bardzo je lubiła. Pewnego dnia po obfitym posiłku wygrzewała swój pancerzyk przesuwając się wraz z pełzającymi promieniami, aż na kraniec bezpiecznego poszycia z mchu. Wiedziała, że nie odważy się pobiec dalej za promykami, a nie wiadomo kiedy znowu słońce przebije się przez gęstą warstwę liści drzew i paproci. Zastygła w bezruchu i wraz z ostatnim odchodzącym promieniem posmutniała... Ponieważ miała przymknięte oczy nie zauważyła gościa, który przysiadł na delikatnym przebiśniegu. Przyglądał jaj się chwilę, po czym spytał:
- Dlaczego jesteś smutna?
  Przerażona Żuczka szeroko otworzyła oczy. „O nie! On widział co czuję!” – pomyślała. Już chciała uciekać, ale jej wzrok przykuły barwy mieniące się na ciele stworzenia, które siedziało w słońcu. Ciekawość wzięła górę.
- Kim jesteś? – zapytała.
- Jestem Motylem.
  Słońce przesunęło się w prawo, a wtedy Motyl przefrunął na kępę oświetlonej trawy. Żuczka patrzyła zdumiona.
- To tak można…?
- Jak? - Pytaniem na pytanie odparł Motyl.
Żuczka niecierpliwie zadreptała w miejscu na skraju mchu.
- No tak swobodnie wędrować za słońcem? Nie boisz się, że zje cię jakiś ptak, albo jaszczurka, albo mysz?!
- Różnie może być - odparł Motyl i uśmiechnął się szeroko. – Szkoda czasu na zamartwianie się czymś, co może, ale nie musi się wydarzyć. Nie sądzisz? Nie odpowiedziałaś mi dlaczego jesteś smutna.
- Bo… - zawahała się Żuczka. – Bardzo lubię wygrzewać się na słońcu, a ono już przesunęło się z mchu na trawę, gdzie nie wolno mi schodzić…
- To rzeczywiście smutne – powiedział Motyl. – Ja zawsze idę za głosem serca. To smutne, że twoje nie pozwala ci zejść z mchu.
- Nie! Nie! To nie serce! – Zaprotestowała Żuczka i głęboko pod swoim pancerzykiem poczuła ukłucie. Przypomniała sobie jak w marcowy poranek serce zaprowadziło ją do domku z muchomora. Dzięki temu przeżyła tę zimową zamieć. Motyl patrzył zdezorientowany na Żuczkę.
- Nie serce?
- No nie… - odpowiedziała cichutko i poczuła jak odczucie wstydu przebiega od jej czułek, przez ciało do odnóży. „Zdradziłam swoje serce…Przecież ono wie najlepiej.” – pomyślała. Zamknęła oczy i wsłuchała się w silne bicie swego niestrudzonego serca oddychając spokojnie. Wstyd minął, a przez ciało Małej Żuczki przebiegła fala dawno zapomnianego uczucia. „Wdzięczność! Tak, to wdzięczność!”- rozpromieniła się Żuczka. Otworzyła oczy. Motyl siedział nieopodal. Żuczka podeszła do niego odważnym krokiem schodząc na trawę i zachichotała, bo ostra trawa łaskotała ją w odnóża.
- Powiedz jak to zrobiłeś? Jak przedostałeś się z kwiatu na trawę? – Zapytała.
- To proste – odparł. – Musisz tylko machać skrzydłami.
- Skrzydłami? – Posmutniała. – Ale ja nie mam skrzydeł…
- Ależ masz! – Powiedział Motyl stanowczo. – Nie wszystkie żuki je maja, a z tych które je posiadają nie wszystkie ich używają, ale przecież widzę że ty masz skrzydła! Musisz tylko trochę unieść pancerzyk na plecach.
  Żuczka odwróciła głowę i spojrzała na swój pancerzyk. W słońcu wyryty na nim napis jakby wyblakł. Serce zabiło jej mocno. Spróbowała unieść pancerzyk. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Pancerzyk podzielił się na dwie części wzdłuż grzbietu i odsłonił delikatne skrzydełka mieniące się w słońcu wszystkimi kolorami tęczy, poprzecinane cieniutkimi żyłkami.
- Ach! – Krzyknęła. – Jakie piękne!
  Patrząc na Motyla, który właśnie przelatywał na kolejną kępkę trawy za słońcem, zaczęła poruszać nimi szybciutko. Na jej twarzy ukazało się zdumienie i zachwyt, gdy minęła Motyla i wylądowała na liściu paproci.
  Motyl popatrzył na Żuczkę uśmiechając się ciepło i powiedział:
- Tak, tak. Leć tam, gdzie cię serce prowadzi!
  Żuczka popatrzyła z wdzięcznością w oczy Motylowi i wzbiła się wysoko ponad korony drzew, tam gdzie każdego dnia świeci słońce.


Bajka
Pewnego pięknego lipcowego dnia, w małej czerwonej chatce urodziła się malutka dziewczynka.  Chatka ta była oddalona od najbliższego miasta o tysiące mil, wokoło był jedynie ciemny las. Rodzice zawsze mówili dziewczynce i jej siostrom, ze to co widza zza okien to najpiękniejszy ogród. Bardzo dużo czasu poświęcali na pielęgnowanie wielkich drzew.  Dziewczynki również musiały pomagać przy pielęgnowaniu, a z czasem, gdy podrosły, dostały własny odcinek lasu i same musiały o niego dbać. Dziewczynka rosła w przekonaniu ze ma najlepsze życie jakie jest możliwe. Jednak często, gdy wszyscy już poszli spać, wychodziła na dwór i patrzyła na niebo usiane gwiazdami. Wtedy coś w niej się budziło. Czuła tęsknotę. Lecz za czym? Przecież tutaj miała wszystko czego pragnęła, potrzebowała. Wszyscy chcieli jej dobra.  Ale kiedy patrzyła w rozgwieżdżone niebo, czuła się jakby latała, jakby,..była wolna. Mała dziewczynka jeszcze tego nie wiedziała , ale tym za czym tak bardzo tęskniła była właśnie wolność.  Te chwile samotności były dla niej ukojeniem.  Dziewczynka bardzo chciała być szczęśliwa, wiec dbała bardzo o swój kawałek lasu. Była pewna ze im więcej będzie pracować, tym bardziej będzie szczęśliwa. W końcu dokładnie to mówili wszyscy dorośli.  Jednak mijały lata, a dziewczynka była coraz bardziej nieszczęśliwa. Bardzo często patrząc w niebo zastanawiała się co robi nie tak, gdzie jest jej błąd. Aż pewnego dnia spotkała starego kupca. On opowiedział jej o wspaniałym świecie, o rzekach, górach, morzach i o wielu, wielu innych. Dziewczynka postanowiła sama się przekonać czy kupiec mówi prawdę. Pod osłona nocy spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i uciekła.  Wiedziała ze nie będzie mogła wrócić do rodzinnego domu. Każdy kto choć raz go opuścił, nie był przyjmowany z powrotem. Ale dziewczynka miała zbyt wielka chęć życia, poszukiwania przygód. Pragnęła innego życia.  Pierwsze dni były trudne. Musiała nauczyć się zdobywać pożywienie i wodę.  Docierała do kolejnych osad i uczyła się coraz więcej. Z początku tęskniła za rodzicami, lecz to co oferował jej świat było tak wspaniałe ze dziewczynka szła coraz dalej i dalej. W pewnym momencie zauważyła ze wszyscy maja jakieś imiona, postanowiła wiec nadać sobie własne.  Wybrała Iga, imię oznaczające ogień, osoba nosząca te imię jest pełna ognia wewnętrznego, żaru myśli i uczuć.  I to imię idealnie opisywało dziewczynkę, choć teraz była już kobieta.  Iga podróżowała po całym świecie, spragniona piękna naszej planety. Teraz czuła się wolna. Właśnie takiego życia pragnęła od zawsze.  I właśnie takie życie zamierzała prowadzić do końca.
Katarzyna


Bajka o Małej Kici Lili
Dawno temu była sobie mała kicia Lili, której przyjścia na świat nikt się nie spodziewał i nie oczekiwał. Dom, w którym przyszło jej żyć był duży i zimny, nie było w nim miłości. Koci rodzice byli bardzo skupieni na sobie, a przez swoje uzależnienia nie otaczali swoich kociąt czułością ani troską. Lili była bardzo smutna i samotna. Próbowała różnymi kocimi sposobami zasłużyć na miłość i akceptację rodziców i kociego rodzeństwa. Kicia starała się być grzeczna i bardzo dobrze się uczyła aby nie złościć mamy i taty i nie dawać powodów do kolejnych awantur. Aby zasłużyć na uwagę rodziców kicia także chorowała, bo tylko wtedy czuła się otoczona ich troską i opieką. Była smutna, bo widziała, że koci tata i kocia mama nie kochają siebie nawzajem, nie szanują siebie i nie potrafią dać tego swoim kociętom. Lili bardzo lubiła bawić się ze swoimi kocimi koleżankami i było jej przykro kiedy nie mogła ich do siebie zapraszać pełna obaw o wybuch kolejnej awantury, za którą musiałaby się przed nimi wstydzić. Kocia mama bardzo ją ograniczała i często zakazywała wychodzić do koleżanek aby uchronić Lili przed kolejną chorobą, w której musiałaby się nią opiekować. Kicia czuła się niepotrzebna i odrzucona, ale nie wyrażała swoich emocji by nie denerwować pijanych rodziców. Ta osamotniona, izolująca się kicia poszła w świat szukając miłości i akceptacji u innych. Marzyła jej się praca w kociej ambasadzie i zagraniczne podróże, ale brakowało jej wsparcia rodziców w spełnianiu tych marzeń. Z czasem smutek i samotność stawały się większe i większe. Lili spotkała na swej drodze kota Berniego, który dał jej troskę i miłość, a samotność i smutek opuściły ją na jakiś czas. Lili bardzo starała się dla Berniego i jego rodziny, rezygnując ze swych marzeń, których oni także nie wspierali. I tak smutek, odrzucenie i samotność wróciły do niej ze zdwojoną siłą. Lili poczuła się bardzo bezsilna i zagubiona, poczuła, że doszła do nieprzekraczalnej ściany. Na szczęście spotkała na swej drodze dobrą wróżkę Alicję, która jak za dotknięciem magicznej różdżki pokazywała Lili jaka jest silna i że drzemie w niej potężna tygrysica Liliana. Dzięki rozmowom z Alicją kicia dotarła do głębokiej prawdy, że podstawą jej szczęścia jest samoakceptacja, pokochanie siebie i troska o własne potrzeby. Od tego czasu Lili stawała się coraz bardziej szczęśliwa, bo wiedziała, że jest ktoś, kto nigdy jej nie opuści i zawsze będzie ją wspierał – silna tygrysica Liliana.  
Mag


Bajka
Król uniósł sędziwe powieki i frasobliwym wzrokiem spojrzał głęboko w oczy królewicza:
- musisz przejść przez siedem gór, przepłynąć siedem rzek i pokonać siedem lasów. Tam u schyłku podróży czeka na Ciebie smok. Pokonaj bestię albo królestwo nigdy nie będzie bezpieczne, a ty nigdy nie zaznasz szczęścia.
Królewicz szeroko otworzył oczy:
- ale jak mam podołać temu zadaniu?
- to droga, którą musisz odbyć sam, ale dokonasz tego tylko z pomocą magicznych skarbów. Księżniczka Aleksandra posiada magiczną latarkę, która oświetli Ci mroki nieprzeniknionego lasu. Księżniczka Małgorzata magiczne lustro - jeśli bestia w nie spojrzy - zamieni się w kamień. Książę Dominik - złoty miecz, którym rozbijesz kamień na tysiące fragmentów. Odwiedź księstwa twojego rodzeństwa, przypomnij im, że są wasalami twojego królestwa i zażądaj skarbów, które ci się prawnie należą. Tylko tak osiągniesz cel i zaznasz szczęścia i spokoju.

Wyruszył więc królewicz do księstwa Dominika.
- Złoty miecz należy mi się jako pierworodnemu z rodu - głos królewicza donośnie rozbrzmiał w rozległych salach audiencyjnych Dominika - Oddaj mi go gdyż zależy od tego los całego królestwa.
Dominik zamyślił się przez chwilę, po czym odrzekł:
- nic nie jest mi droższego niż dobro królestwa, jednak potrzebuję miecza by chronić jego granice. Nie mogę ci go oddać bracie.
Królewicz nie dał po sobie poznać poirytowania. Ta niesubordynacja oznacza wojnę. Ale to po powrocie. Czas nagli. Jakoś poradzi sobie bez miecza.

- wypełnij wasalską przysięgę i oddaj mi magiczną latarkę - echo donośnych słów królewicza rozbrzmiewało w komnatach księżniczki Aleksandry - potrzebuję jej by pokonać smoka. Tylko ja mogę ocalić królestwo.
- całym sercem pragnę dobra królestwa - odrzekła cicho księżniczka - ale jeśli ją oddam, skażę je właśnie na zagładę. Magiczna latarka chroni księstwo przed mrokiem, który próbuje przekroczyć nasze granice. Nie mogę Ci jej oddać.
Królewicz wiedział, że to tylko czcze wymówki. Tylko on może pokonać bestię i tylko on też ostatecznie pokona mrok. Siłą odbierze księżniczce latarkę. Ale nie teraz. Teraz czas nagli. Wygląda na to, że będzie musiał pokonać mroki siedmiu lasów bez niej.

Księżniczka Małgorzata również nie oddała magicznego lustra.
- Ono pokazuje prawdziwą naturę rzeczy. Jakże mam rozstrzygać spory mego ludu bez niego?
Poirytowany i rozczarowany królewicz wyruszył więc w wyprawę bez ekwipunku. Zadanie trzeba było wykonać, a któż mógł to zrobić jeśli nie on?
Przeszedł więc siedem gór i przepłynął siedem rzek, ale gdy szedł siódmym z lasów, nagle z mroku wyłoniły się dzikie pnącza. W oka mgnieniu spowiły mu nogi i skrępowały dłonie.
Na nic nieosiągalny miecz wiszący u pasa, na nic zduszony krzyk, który pozostał gardle. Oczy spowiła mu ciemność, a wiotkie ciało poddało się mocy nieokiełznanej natury.
Nagle rach ciach - świsnął miecz w powietrzu i martwe pnącza osunęły się na ziemię.
Wyciągnięta ręka Dominika pomogła królewiczowi podnieść się z ziemi.
- nie mogłem cię zostawić samego bracie.

Królewicz czuł się rozdarty pomiędzy wdzięcznością za uratowanie życie i wiedzą, że to misja, którą wypełnić musi sam. Jednak wbrew rozumowi usłuchał głosu serca i razem z bratem ruszyli na spotkanie bestii.
Po długich trudach podróży w końcu przekroczyli progi pieczary. Ich oczom ukazał się ogromny smok siedzący na siedmiu jajach. Królewicz szybko chwycił za miecz, lecz wtedy powietrze wypełnił głos bestii:
- skryłam się na tym krańcu świata i jedyne czego pragnę to dać schronienie swojemu potomstwu. Nikomu nie wadzę. Czemu podnosisz na mnie swój miecz?
Królewicz chwilę się zawahał lecz szybko odrzekł:
- jesteś zagrożeniem dla mojego królestwa. Dopóki żyjesz nigdy nie będzie ono bezpieczne, a ja nigdy szczęśliwy. Tak mówi król.
Zaległa cisza, a bestia długo wpatrywała się zdziwiona w królewicza.
- Tak mówi król, ale czy to właśnie mówi Ci Twoje serce? Spójrz w swoje wnętrze.
Słowa bestii zaskoczyły królewicza. Nie wiedział co począć i nie miał najmniejszego pojęcia jak spojrzeć w swoje wnętrze. Wtedy poczuł na ramieniu rękę:
- zobacz tutaj bracie - odwrócił się i zobaczył swoje odbicie w magicznym lustrze trzymanym przez Małgorzatę.
- to twoje wnętrze. To nie smok jest twoim wrogiem lecz twój strach. Bałeś się, że wszystko musisz zrobić sam, ale przecież masz nas. Bałeś się, że zabicie smoka jest twoim jedynym celem i kresem przygód, ale to dopiero początek.
- ale przecież król powiedział... - zaczął protestować królewicz...
- król nie może narzucić ci twojej drogi. Sam musisz ją znaleźć. Przebij wzrokiem mrok pieczary - twoja droga biegnie dalej.
Ledwie Małgorzata skończyła swoje słowa, gdy z ciemności wyłoniła się księżniczka Aleksandra. Włączyła magiczną latarkę, a w jej świetle ukazały się setki wiodących dalej ścieżek.
- ale dróg jest tak wiele. Która z nich jest prawdziwa? - zakłopotał się królewicz.
- wszystkie są równie dobre - ale to ty sam musisz wybrać, która pojedziesz. Jednak jeśli zabłądzisz - nie martw się. Zawsze będziemy obok by pomóc Ci wrócić na właściwą ścieżkę.
David


Mały ptaszek
Był sobie raz mały ptaszek - ćwierkał, śpiewał lubił się popisywać i być w centrum uwagi. Dużo czasu spędzał z dwoma dużymi ptakami. Mały ptaszek lubił swoje otoczenie, ale pewnego dnia zauważył, że jest w pięknej, złotej klatce. W klatce było to, czego ptaszek potrzebował - jedzenie, zabawa, bajki, duże, opiekuńcze ptaki…

Dwa duże ptaki były bardzo dumne z małego ptaszka i jeszcze bardziej dumne z siebie. Mówiły często,  że są najlepszymi dużymi ptakami i że mały ptaszek może tylko im ufać i im wszystko zawdzięcza. Małemu ptaszkowi nie wolno było płakać, ani być smutnym, bo przecież skoro ma takie fantastyczne duże ptaki kolo siebie, to cały czas powinien być szczęśliwy i wdzięczny. W przeciwnym razie może duże ptaki nie są tak fantastyczne jak myślą?

Z upływem czasu mały ptaszek zaczął interesować się światem poza klatką. Lecz dwa duże ptaki zaczęły ostrzegać małego ptaszka, mówić że ptaki i inne zwierzęta spoza klatki są albo głupie albo niebezpieczne, że niektóre ptaki z którymi mały ptaszek kiedyś się bawił źle mu życzą a i może chcą małego ptaszka porwać.
Klatka z zewnątrz wyglądała ładnie i spokojnie. Male ptaszki dużo rozmawiały i planowały z dużymi ptakami, wszystkie decyzje o życiu młodych były podejmowane wspólnie. Nikt nie mógł podejmować decyzji pojedynczo. Cztery ptaki w klatce były jednostką.

Z czasem duże ptaki coraz mniej wychodziły z klatki i rzadko otwierały drzwi. Duże ptaki nie lubiły odpowiadać na pytania o tym co robią i czym się zajmują dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem i rok za rokiem siedzenia w klatce. Duże ptaki cały czas chciały tylko rozmawiać i planować życie małych ptaszków. Często mówiły małym rosnącym ptaszkom, że wszystko dla nich poświęciły i że to taka inwestycja…

Mały ptaszek rósł, duże ptaki były z niej coraz bardziej dumne i pochłonięte jego życiem. Mały ptaszek wreszcie zaczął wylatywać z klatki na coraz dłuższe okresy, aż w końcu wyniósł się z klatki całkowicie. Jednak młody ptak cały czas czuł się uwiązany do dużych ptaków i obarczony poczuciem winy i podległości.
Wraz z upływem czasu, złota klatka zaczęła podupadać, a duże ptaki były tak przyzwyczajone do bycia w klatce i wyłącznie do swojego towarzystwa, ze zapomniały jak zająć się klatką i sobą. Młody ptak zaczął martwic się i lękać o duże ptaki, ale tak jak wcześniej, negatywne uczucia kończyły się awanturami. Pan duży ptak oczekiwał, że jego młode, które były już dorosłe, zajmą się klatką i dużymi ptakami i zwrócą inwestycję.

Kiedy młode ptaki wracały do klatki odwiedzić duże ptaki, duży Pan ptak oczekiwał, że jego młode rozwiążą jego problemy. Młode ptaki czuły się odpowiedzialne za zły stan dorosłych ptaków i starały się im odwdzięczyć godzinami, dniami, tygodniami i miesiącami pracy dla nich. Jednak nigdy nic nie było wystarczające aby zaspokoić Pana dużego ptaka i nic co robiły młode nie było w stanie naprawić życia dorosłych.

Młode ptaki spędzały coraz mniej czasu z dorosłymi, czując że atmosfera w klatce jest dla nich niszcząca.
Młody ptak nie wiedział dlaczego czuje się coraz bardziej smutny - ma przecież kochające go duże ptaki, które poświęciły się dla niego, ma ułożone życie - praca, pieniądze, znajomi… a tu cały czas ten smutek i przytłoczenie. Młody ptak zaczął myśleć o tym, że łatwiej byłoby nie być. Ptaszek obwiniał siebie ze negatywne emocje, które przez tak długie lata były tłumione.

W reszcie dorosłe ptaki rozeszły się - Pani ptak uciekła z klatki. Nikt nie chce mieć kontaktu z Panem ptakiem.

Młody ptak zaczął zaprzyjaźniać się ze swoim młodszym Ja i pokazywać mu, że mały ptaszek jest kochany takim jaki jest i że ta miłość jest bezwarunkowa. Młody ptak zaczął tez pokazywać młodszemu Ja że ono ma prawo do wszystkich uczuć i nie jest nikomu nic winne i może mówić 'nie' i mieć swoje własne zdanie. Mały ptaszek już wie, że ma siebie i nigdy nie będzie samotny.
Karo


„Drzewo”
W pewnym ogrodzie rosło drzewo. Było duże i z pozoru ładne, nie różniące się niczym szczególnym od innych drzew. Miało sporo gałęzi, dużych i rozłożystych, było mocne i zdrowe. Rosło wśród innych drzew. Dobrze się czuło wśród nich, nie było specjalnie ciekawskie ani bystre, podobnie jak reszta drzew, toteż nie zamierzało przenosić się nigdy do innego ogrodu, żeby zobaczyć, jak mieszka się gdzie indziej, czy wszystko jest takie samo czy inne. Drzewo kwitło jak przyszedł czas, miało ładne kwiatki, wydawało owoce i było bardzo dumne z siebie, że jest takie samo jak wszystkie inne drzewa. Do ogrodu i drzewa przylatywały ptaszki, motylki, owady przysiadając na gałązkach, rozmawiając z nimi i tak miło wszystkim płynął czas, w dużym zadowoleniu. Dawało to drzewu i gałęziom poczucie, że nie są gorsze od innych. Jedna nocą, gdy już ogród ułożył się do snu, każda gałąź na drzewie zaczynała żyć swoim życiem, innym życiem. Znikało gdzieś zadowolenie z siebie, pojawiały się niepokoje, niezadowolenie z koloru kwiatków, wzajemne pretensje o zasłanianie światła słonecznego, zajmowanie ważniejszego miejsca na pniu, o to kogo bardziej lubią ptaszki, która gałąź jest ważniejsza. Nocami budziły się pretensje, wzajemna niechęć i wszystkie złe rzeczy, które ukrywał dzień. A gdy ten dzień w końcu nastawał, gałęzie znowu udawały szczęśliwe i kochające się, jedno, wielkie drzewo.

Na tym drzewie, wśród reszty gałęzi, z czasem pojawiła się nowa, malutka gałązka. Była taka jak inne gałęzie tyle, że na razie była malutka i bezbronna. Inne gałęzie był trochę rozczarowane pojawieniem się jej na pniu ale nie mogły nic zrobić, musiały ją znosić. Gałązka rosła sobie w swoim tempie, zaczęła kwitnąć i generalnie wydawała się zadowolona z życia. Gałęzie innych drzew bardzo ją lubiły, motylki i ptaszki często siadały na niej i gawędziły sobie z nią ponieważ uważały ją za bardzo sympatyczną i ładną gałązkę. Czasami tylko czuła się samotna i niekochana przez duże gałęzie na własnym drzewie ale myślała, że tak musi być. Rosła tak sobie w ich cieniu, biorąc z nich przykład, kształtując się tak, aby przypodobać się im, aby czuć się tak dobrze jak one i być dumną częścią drzewa. Nic jeszcze nie rozumiała. Duże gałęzie często ją krytykowały za różne głupstwa, które wyczyniają małe gałęzie ale najczęściej jednak ją ignorowały, jakby nie istniała. Mała gałązka podrosła i zaczęła się zastanawiać dlaczego inne gałęzie z drzewa jej nie zauważają, dlaczego czuje się inna niż reszta. Mimo to dalej próbowała sprawić, by ją pokochały. Przecież ptaszki, owady, inne drzewa ją bardzo lubiły i często to jej okazywały. Niewiele to pomagało. Duże gałęzie wyśmiewały ją, mówiły, że jej kwiatki nie są tak ładne jak ich, że gałązka jest krzywa, za mało zielone ma listki i tak bez końca. Gałązka rosła i mimo rozdzierającego bólu w listkach i ogromnej samotności uśmiechała się i starała się kochać świat. W sercu od maleńkiego listka miała gorycz, żal i niezrozumienie dlaczego czuje się gorsza od innych. Nawet przestała wierzyć obcym gałęziom, ptaszkom i innym stworzeniom, że ją naprawdę lubią i kochają i są jej przyjaciółmi.

Gdy gałązka była już duża postanowiła, że opuści drzewo i zacznie mieszkać na innym drzewie, wśród innych gałęzi i wtedy na pewno poczuje się szczęśliwa i nie będzie już samotna. I poszła sobie do innego ogrodu. Drzewa wraz ze swymi gałęziami przyjęły ją radośnie. Teraz było jej dobrze, pięknie kwitła i czuła się szczęśliwa. A mimo to w jej listkach dalej czaił się strach, niepokój i poczucie, że jest gorsza od  innych gałęzi. Co jednak miała zrobić?! Musiała gdzieś żyć wśród gałęzi, na drzewie, w ogrodzie, bo niby dokąd miałaby pójść?! Była tylko gałęzią. Pewnego razu usiadł na niej piękny, duży i bardzo mądry motyl. Zaczęli rozmawiać a rozmowa bardzo spodobała się motylowi więc obiecał, że jeszcze przyleci do niej. I tak zaczął przylatywać codziennie i rozmawiać z gałązką, która otworzyła przed nim swe listki i opowiedziała mu, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa. Mądry motyl, który już zdążył bardzo pokochać gałązkę, nauczył ją jak pokochać siebie samą, jak być szczęśliwą. Dzięki jego naukom gałązka zobaczyła siebie w innym świetle, poczuła się dużą, silną gałęzią. Od tej pory czuła się szczęśliwa i kochana i razem ze swym motylkiem byli nierozłączni.

KONIEC


Ciastek Przemek
Gdzieś na samym końcu świata mieszkała rodzina ciastków. Mama ciastkowa, tata ciastek i ich dzieci. Mama ciastkowa była zrobiona zupełnie z innego ciasta niż tata ciastek. Pochodziła z innej mąki, z innego młynu, bardziej prymitywnego i staroświeckiego. Tata ciastek natomiast z większego, bardziej nowoczesnego. To spowodowało, że już od początku się do siebie nie kleili. Ojciec ciastek uważał się za wyrób lepszego gatunku i przy różnych sytuacjach pokazywał mamie ciastkowej, że jest gorszym produktem. Jednak po namowie rodziców mamy ciastkowej i informacji o spodziewanym dziecku ciastku zdecydowali się wspólnie zamieszkać piekarnik. Pojawił się mały ciastek, za rok kolejny. Tata ciastek zaczynał pomału nasączać się alkoholem i zostawiał mamę ciastkową samą. Piekarnik był chłodny, brakowało w nim ciepła, tak potrzebnego dzieciom do prawidłowego wzrostu. Gdy mama ciastkowa dowiedziała się o kolejnym dziecku bardzo się zasmuciła. Bała się i podjęła decyzję, że nie pozwoli mu się uformować. Szczęśliwym trafem ciastko się rozwinęło i powiększyło rodzinę. Rodzice nazwali go Przemkiem. Po nim przyszły na świat jeszcze dwie siostry. Przemek będąc środkowym ciastkiem czuł się niekochany i bardzo zabiegał o względy rodziców. Niestety tata ciastek coraz bardziej nasączał się alkoholem, a mama ciastkowa mając wszystko na głowie nie zauważała starań Przemka. Opiekę i miłość ciastek Przemek odnalazł u dziadków, rodziców mamy. W ich piekarniku panowało przyjemne ciepło, w którym Przemek mógł spokojnie i bezpiecznie dorastać. Lata mijały. Sytuacja w piekarniku rodziny ciastków się pogarszała. Ojciec ciasta dalej popadał w nałóg, niósł strach i smutek. Mama ciastkowa zajmowała się przede wszystkim najmłodszymi córkami. Przemek spróbował jeszcze raz zdobyć uznanie rodziców. Zawziął się w sobie i dużo czasu poświęcał nauce. Chciał dostawać dobre oceny, by pokazać, że coś jest warty Jego starania doceniali dziadkowie, wychowawczyni w organizacji w której był podopiecznym. W oczach rodziców czuł się niezauważalny. Często uciekał do piekarnika dziadków, w świat książek i podróży. Nie chciał myśleć za dużo, czuć się samotnym i cierpieć. Z czasem zaczął zauważać, że chciałby przyozdabiać kolorowe guziki, że bardziej interesują go koledzy aniżeli koleżanki. Nie rozumiał jednak tego i chciał ukryć to przed całym światem. Postanowił wyjechać. Lubił się uczyć, choć dalej podświadomie chciał się tym dowartościować. Tam gdzie wyjechał czuł się samotnie, spotykał się z nieakceptacją. Ale było dla niego ważne, że odizolował się od chłodnego piekarnika. Pojawiły się pierwsze zauroczenia, platoniczne zakochanie. Ciastek Przemek tłumił wszystkie uczucia. Wstydził się ich, tego co czuje, jakim jest człowiekiem i jaką ma za sobą przeszłość. Stąd decyzja o najlepszym uniwersytecie, wymagających studiach. Przemek dzielnie radził sobie z nauką. Wybrał miasto najdalej położone od rodzinnego piekarnika. Tam walczył o lepszą przyszłość, uczył się życia, radzenia sobie z problemami. Pomału otwierał się na swoją inność, mówił o tym innym ciastkom z uczelni, ale też bliskim. I mimo wielu obaw uzyskał u nich akceptację. Dziś wykonuje zawód, który jest jego pasją, lubi swoją różnorodność i akceptuje inność. Pragnie, by mały Przemek, który wiele przecierpiał czuł się zaopiekowany i zatroszczony. By ten dorosły mógł otworzyć się na miłość, której tak bardzo potrzebuje. I wszystko jest na dobrej drodze, by tak właśnie się stało .
Przemek 33 lata.


"Jaka jest Julia?"
W cóż za pokręconej krainie przyszło mi żyć tym razem... Rozmyślała mała Julia siedząc na parapecie swojego pokoju i spoglądając przez okno. Od kilku dni pewne sprawy nie dawały jej spokoju, ale niestety pozostawały bez wyjaśnienia. A im dłużej myślała tym bardziej czuła się zagubiona, przygnębiona i smutna. Tak bardzo mała i bez znaczenia.
 
Julia zastanawiała się czy jest niegrzeczna. Raczej tak, babcia i mama często tak o niej mówią.. Wtedy krzyczą na nią i zamykają w pokoju. Julia wtedy też krzyczy, płacze i tupie nogami, a babcia nazywa ją histeryczką. Julii wtedy pęka serce i czuje się najgorsza na świecie.
 
Ale z drugiej strony.. Julia często słyszy,że jest bardzo grzeczna i wtedy babcia głaszcze ją po głowie i daje cukierki. Mama tez często przytula Julię i zapewnia o swojej miłości, największej na świecie!
Ojjj, wtedy jest tak dobrze i miło, a świat wydaje się o wiele przyjemniejszy...
Julia chciałaby być grzeczna i kochana przez cały czas, ale z jakiegoś powodu nie potrafi...
Julia często zastanawiała się jaka jest na prawdę? Czy można być jednocześnie grzeczną i niegrzeczną?
 
Dodatkowo Julia jest nieśmiała. Babcia często mawia, że Julia się wstydzi, i zarzuca jej, że nie potrafi powiedzieć dzień dobry ludziom, których mijają na spacerze.. Wtedy Julii robi się smutno, i czuje się jeszcze bardziej i bardziej nieśmiało.
Z drugiej strony, ta sama Julia potrafi świetnie się bawić z innymi dziećmi na podwórku, ba, nawet zapoznawać się z tymi których nie zna! Potrafi przewodzić w zabawie w Ślepą Kichę czy podchody, pójść sama do sklepu kupić loda, czy wdrapywać się na najwyższe drzewa! To chyba jest odważna, czyż nie?
Julia często nie jest pewna jaka jest, i się w tym wszystkim gubi..
Julia jest tez bałaganiarą, która nie potrafi odłożyć niczego na swoje miejsce i nie dba o porządek w pokoju. Julii faktycznie sprawia to trudność... ciekawe dlaczego?
Ta sama Julia z kolei potrafi w kilka godzin na nowo zaaranżować przestrzeń w swoim pokoju, dzielnie robi przemeblowanie, układa wszystkie zabawki i figurki, pięknie sprząta na biurku, ścieli łóżko, i nie zapomina by zadbać o nowy wystrój ścian i poukładać wszystkie ubrania w szafie. To daje jej wiele radości...
Julia często się bardzo boi... Że przyjdzie jakiś Pan i ją zabierze. Ale podobno takich niegrzecznych dzieci to i tak nikt by nie chciał brać...
 
Julia nie za bardzo rozumie o co w tym wszystkim chodzi, czuje się zagubiona. Julia jeszcze nie wie, jak wpłynie to na jej życie, ale wie jedno - że ma 7 lat i zupełnie nie wie, jaka jest...
Na szczęście mimo tej swojej złej, niedobrej, bałaganiarskiej, ignoranckiej i leniwej strony, czuje, że ma w sobie wiele ciekawości, chęci, otwartości i serca, by się tego dowiedzieć...
Pewnego dnia, po wielu latach dorosła Julia odkryje, że kluczem jest powrót na parapet małego pokoiku i danie tej małej zagubionej dziewczynce odpowiedzi, których tak bardzo wtedy potrzebowała...


Bajka Adama
Był sobie Elf, który potrafił spełniać życzenia.

Nie wiedział skąd się pojawił, po prostu pewnego dnia znalazł się w domu na kurzej łapce, w głębokim ciemnym lesie. Mieszkający w nim Czarownica i Czarodziej początkowo ucieszyli się, że pojawił się w ich domu ktoś inny, bo zaczęła im doskwierać samotność, jednak szybko stracili zainteresowanie dla nowego przybysza. Ich zajęcia były dużo ciekawsze i bardzo absorbujące - planowali, jak podbić świat. Jednak zamiast połączyć siły rywalizowali ze sobą, mimo, że razem pewnie byłoby im łatwiej. Każde z nich dążyło do osiągnięcia celu osobno, tracąc większość sił na powstrzymanie przeciwnika. Żadnemu z nich nie przyszło również do głowy, aby poprosić o pomoc Elfa spełniającego życzenia...

Nadchodziła zima i sytuacja zaczęła się szybko zmieniać. Sprytny czarodziej pomyślał, że skoro czarownica ma kogoś w domu, to nie zauważy jego przedłużających się nieobecności. Nawet wyremontował stary dom, dodając jedno piętro z pokojem dla Elfa. Elf był bardzo zadowolony, lubił zmiany i bardzo podobał mu się własny pokój, był ufny i nie wiedział co to podstępy. Nawet kiedy czarownica przyprowadziła drugiego, małego elfa i powiedziała, że ma się nim opiekować, wziął to za dobrą monetę. Czarownica powiedziała mu, że to dobrze mieć kogoś do opieki, bo wtedy można poczuć się dużym i odpowiedzialnym. To nic, że Mały ciągle psocił i wszystko psuł. Podobno małe elfy tak mają i trzeba im wybaczyć. Nawet to, że jako młodszy zaskarbił sobie resztki uwagi Czarownicy i Czarodzieja.

Z czasem Czarodziej zaczął coraz częściej wychodzić, czasami nie wracał na noc do domu. Czarownica była zazdrosna, że mógł poświęcić się realizacji Swojego Planu, a ona musiała pilnować małych elfów. Czarodziej również zaczął zostawiać jej coraz mniej pieniędzy. Elf spełniający marzenia niewiele rozumiał z tej sytuacji, ale chciał, żeby Czarownica była szczęśliwa. Ale chociaż mógł spełniać życzenia innych, to nie mógł spełnić swoich. Postanowił, że będzie jej pomagał bez użycia magii. Zostanie bohaterem, takim który będzie zawsze gotów do pomocy. Będzie odpowiedzialny, będzie opiekował się wszystkimi, tak jakby był dorosły. Pomyślał, że w ten sposób przyciągnie uwagę Czarownicy, że usłyszy od niej słowa podziękowania.

Ale Czarownica miała swoje problemy i nie dostrzegała, jak bardzo starszy Elf się stara, ani nie zamierzała mu za to podziękować. Więc Elf starał się coraz bardziej i bardziej… tak bardzo, że wkrótce zapomniał o swoich potrzebach. Nie czuł już potrzeby bliskości, potrzeby ciepła i czułości. Musiał o nich zapomnieć, żeby nie pękło mu serce.

Czarownica miała tyle kłopotów, że Elf nie mógł przychodzić do niej jeszcze ze swoimi, to by ją dobiło. Czuł, że nie może jej tego zrobić. W tej sytuacji uznał, że nie ma prawa wyrażać swoich żali i mówić o swoich problemach. Na początku nawet nieśmiało próbował, chciał tylko zostać wysłuchanym, ale dano mu do zrozumienia, że jego problemy są nieważne. Są małe, a oni mają ważniejsze problemy. Oni? Właściwie to Czarodzieja prawie nie było, bo realizował Swój Plan.

Starszy Elf poświęcił się pomocy Czarownicy, w zamian za niewypowiedzianą obietnicę, która nie została jednak spełniona. Coś było z nim nie tak, z jakiegoś powodu nie potrafił sprostać oczekiwaniom Czarownicy. Chyba sprawiali jej kłopot, on i ten Mały. Ciągle musiała coś dla nich robić. Od rana słyszał, jak w kuchni ze złością głośno stuka garnkami, był to znak, że trzeba wstawać, taki budzik. Ciągle musiała coś dla nich szykować do jedzenia, jadł więc nie grymasząc, często nie będąc głodnym albo jedząc coś, czego nie znosił. Ale nie mógł jej robić przykrości.

Nawet podczas zabawy z tym Małym sprawiali Czarownicy przykrość. Często musiała ich karać za to że się kłócili o ulubione zabawki. Dostawali obaj, mimo że najczęściej była to wina tego Małego. Nie chciało mu się dorastać, udawał, że wciąż jest mały i wszystko mu wolno. Czasami interweniował Czarodziej i wtedy robiło się naprawdę groźnie, ale na szczęście nie było to często, bo prawie nie było go w domu, on realizował Swój Plan.

Po jakimś czasie sytuacja ponownie się zmieniła, w domu pojawił się nowy, trzeci elf. Teraz obaj z Małym musieli być dorośli. Najstarszy Elf był już duży i odpowiedzialny, więc bardzo często pomagał Czarownicy przy trzecim elfie. Teraz już mógł dużo więcej, więc mógł jej zastąpić Czarodzieja, którego ciągle nie było. Czarownica często chwaliła najstarszego Elfa przed innymi czarownicami, był wtedy taki z siebie dumny. Nie tylko był bohaterem rodzinnym, ale jego starania zostały docenione. Teraz, kiedy nauczył się, że jego potrzeby są nieistotne, pozbył się tej bezwartościowej części siebie, teraz już go nie odrzucą...

Czas mijał szybko, najstarszy Elf zaczął coraz częściej przebywać poza domem. Chętnie opuszczał dom, ale wtedy jeszcze nie wiedział, dlaczego. Tymczasem w domu również zachodziły zmiany - Czarodzieje coraz częściej na siebie krzyczeli, a Czarownica po powrocie Czarodzieja do domu od razu gdzieś wychodziła. Czarodziej mało wiedział o wychowywaniu dzieci, przecież wcześniej prawie nie bywał w domu. Dlatego najstarszy Elf musiał być dorosły i sam zadbać o swoje sprawy. Czarodziej nie byłby w stanie mu pomóc, nawet jakby poprosił. Zresztą wiedział, że nie może zawracać mu głowy swoimi głupimi problemami, przecież Czarodziej miał swoje, poważne problemy. Nie dość, że musiał realizować Swój Plan, to jeszcze Czarownica ciągle na niego krzyczała.

Wreszcie nadszedł dzień, który musiał nadejść, najstarszy Elf przeczuwał to już dawno: Czarodzieje oznajmili, że się rozstają. Elfy były przerażone, tylko jemu przeszło coś przez gardło: NARESZCIE - sam nie wierzył, że powiedział to na głos, ale chyba młodsze elfy myślały podobnie. Pewien okres w życiu najstarszego Elfa bezpowrotnie się zamknął. Teraz nawet jakby chciał, to nie mógłby być mały. Musiał być wzorem dla młodszych elfów. Czarodziej odszedł z domu, zamieszkał u innej czarownicy, a z nimi zerwał kontakt. Teraz najstarszy Elf musiał być przewodnikiem dla młodszych elfów. Postanowił, że będzie silny, że nikt go nie zrani ani nie upokorzy. Nikt nie będzie miał dostępu do jego uczuć, schowa je tak głęboko, że nawet on nie będzie wiedział, gdzie one są. Udało mu się namówić Małego Elfa, aby wypowiedział w jego imieniu życzenie: wymazać z przeszłości wspomnienia starszego Elfa. Wspomnienia, w których zgromadziły się strach, wstyd, upokorzenie. Starszy Elf odciął się od przeszłości, już nie istniała, więc nie była groźna. Niestety wymazywanie miało jedną wadę, usuwało też miłe wspomnienia. Ale nie było wyboru.

Po wielu latach, kiedy stary Elf mieszkał samotnie w najczarniejszej i najmniej dostępnej części lasu, pewnego ranka poczuł, że skorupa, w której się zamknął zaczęła pękać. To co zaczęło spod niej wychodzić nie podobało mu się. Było miękkie i bezbronne, płakało i nie panowało nad sobą. Ogarnął go smutek, że tak siebie potraktował, że tak długo czekał ze zdjęciem skorupy. Uzmysłowił sobie, że odcinając własne uczucia jako mały Elf, może uchronił swoje zdrowie psychiczne, ale za cenę utraty uczuć. Zamknął się tej skorupie i jako dorosły odkrył, że nie potrafi się z niej wydostać. A właściwie to nie chciał się z niej wydostać, obawiając się, że obłęd i groza z lat dzieciństwa do niego powrócą. Postanowił, że jak najszybciej zedrze to co pozostało ze skorupy i do końca życia będzie się opiekować swoim małym sobą, którego zostawił w ciemności na tak długo.

Adam B.


Bajka o myszce
Była sobie mała myszka, szara myszka, skąd się wzięła, tego nie wie. Leży sama, samiuteńka, w rogu izdebki na posłaniu wyłożonym słomą. Leży i czeka. Na co czeka, na kogo? Myśli sobie, "jestem sama na tym świecie?" Wtem słyszy, że ktoś wchodzi do izdebki — mama mysz. Nakarmiła, przewinęła, zostawiła. Tak dni mijały, mała myszka rosła, ciągle sama. Myśli sobie, "pójdę, może kogoś spotkam takiego jak ja i się z nim pobawię". Znalazła inne myszki. Miała się już z kim bawić. Cieszy się myszka, nie jestem już sama. Myszka rosła, czas spędzała na zabawie z innymi myszkami. Nagle słychać jakiś hałas. Tata mysz wrócił do domu słychać kłótnię, podniesione głosy. Wszystkie myszki szybko pochowały się po kątach, tylko mała myszka została na środku izdebki. Tata mysz krzyczał coraz głośniej i głośniej, a małej myszce jakby nogi wrosły w podłogę, nie mogła się ruszyć. Stała tak czekając, co się stanie. Nagle między myszką a tatą mysz stanęła mama mysz, chcąc myszkę bronić. Przerażona mała myszka podbiegła do mamy mysz. Będzie dobrze, wyjdzie z tego, a bo to pierwszy raz dostała. Od tej chwili mała myszka już wiedziała, co ma robić następnym razem. Mama mysz dawała jeść i ciągle mówiła: "bądź grzeczna, a nic Ci się nie stanie i nie opuszczaj tego mieszkania, bo może stać Ci się krzywda". Pomyślała mała myszka, że nie chce tak żyć, chce stąd uciec jak najdalej. Nie posłuchała mamy mysz, była ciekawa świata, życia, nie chciała ciągle tylko się bać, chować, chciała czegoś więcej. Chciała poznać inne życie. Wyszła. Nagle poczuła, jak ktoś łapie ją za futerko i wsadza do słoika. Słoik został zakręcony. Mała myszka znalazła się w pułapce bez wyjścia. Przerażona patrzy i widzi dwoje oczu, które wpatrują się w nią. Wytrzymała to spojrzenie, nie ruszyła się. Odeszły, odetchnęła z ulgą. Żyję, nic mi się nie stało. Co będzie dalej myśli myszka. Słoik ktoś odkręcił, znów ją łapie za futerko, ale po chwili kładzie do innego pojemnika, większego, niezamkniętego. Myśli sobie myszka, "jest szansa ucieczki", próbuje, próbuje i próbuje bez skutku. Jej małe łapki ześlizgują się i ciągle spada na dno. Zmęczona wysiłkiem, jaki włożyła, żeby uciec, usnęła. Gdy się obudziła, zobaczyła, że ktoś położył obok niej słomę i dał jej jeść. Zastanawiała się myszka co będzie dalej, jak teraz będzie wyglądało jej życie. Wtedy stało się coś, co na zawsze zmieniło jej życie. Ta sama ręka, która wsadziła ją do pudełka, nagle z niego ją wyjęła. Położyła myszkę sobie na dłoni, zaczęła ją głaskać, mówić do niej. Myszka była trochę zdezorientowana, "czy to mi się śni?" — myśli, "czy to dzieje się naprawdę?". Czuje jednak, że ktoś ją przytula i mówi, że będzie się nią opiekować, że nie jest już sama. Nareszcie.. myśli myszka. Pokochała tego kogoś, sama nie wiedziała, kto to jest. Był duży, wręcz ogromny, a ona mała myszka. On ją karmił, przytulał, głaskał, kochał, po prostu z nią był cały czas. Wypuścił myszkę na wolność, ale ona już nie uciekała, bo już nie musiała, już się nie bała. Wiedziała, że nie dzieje jej się krzywda, że znalazła to, czego szukała, że w końcu ktoś ją pokochał, a i ona pokochała jego. Odtąd żyli długo i szczęśliwie dbając o siebie nawzajem. On duży i silny, ona mała szara myszka.
Ela


Paweł Budrewicz: Chłopiec zrobiony z kurzu
Było cicho. Tylko słaba poświata bijąca od lampki zapalonej w przedpokoju pozwalała ośmiolatkowi zorientować się, że istnieje jakakolwiek rzeczywistość poza ciemnościami wypełniającymi pokój. Nic się nie działo.

A jednak mały Łukaszek wiedział, że to tylko pozory. Owszem, w ciągu dnia, kiedy było jasno, a w domu była babcia, a nawet pod wieczór i w zimie, kiedy cały dom był rozświetlony, wtedy wszystkie zakamarki były dostępne, wszystko było widoczne, wszędzie można było zajrzeć, nawet pod łóżko czy do szafy.

Ale nie wtedy, kiedy pokój Łukasza spowijał mrok.

Chłopiec budził się co noc. Za każdym razem był przekonany, że jego sen przerywa szmer, dźwięk, poruszenie, ale im bardziej intensywnie wpatrywał się i wsłuchiwał w otaczającą go rzeczywistość, tym bardziej wydawała mu się ona ciemna i milcząca. Ale mimo że żaden znak tego nie zdradzał, Łukaszek wiedział, że wszędzie wokół czają się istoty.

Lampa na biurku wydawała się większa niż w rzeczywistości, ale to dlatego że opierał się o nią wielgachny pająk z ludzką głową, a to, co można było wziąć za grę cieni, stanowiło tak naprawdę jego odwłok. Na szafce obok samolotów i książki o lotnictwie posadowił się lśniący czernią człowieczek o obłych kształtach i bez twarzy. To, co zdawało się dywanem leżącym na podłodze, miało postać rozlanej mazi, we wnętrzu której uwięzione były te wszystkie dzieci, które nieostrożnie w nocy na nią nastąpiły.

Ale najbardziej przerażający był chłopiec z kurzu. Był nieforemny. Stworzony z drobinek i pyłków rozsianych po całym domu wydawał się delikatny i efemeryczny. Ale kto raz spojrzał w jego czarne oczy ułożone z najbardziej zapomnianych okruchów świata, ten już na zawsze musiał opuścić światłość i dołączyć do krainy cieni.

Chłopiec z kurzu siedział na łóżku Łukasza, w nogach. Łukasz tam nie patrzył, wiedział, że na tego przybysza pod żadnym pozorem nie może spojrzeć, więc skupiał się na pozostałych gościach. A ci tkwili nieruchomo, nawet jednym drgnieniem nie zdradzając tego, że istnieją i bacznie obserwują Łukasza. Ruszali się tylko wtedy, kiedy chłopiec na nich nie patrzył.

Łukaszek bał się zamknąć oczu, choć wiedział, że istoty nie podejdą, dopóki on ich nie zaprosi. Chłopiec męczył się tak przez godzinę, czasem półtorej, aż w końcu zasypiał ze zmęczenia.

Kiedy rano rodzice z trudem budzili chłopca, ten próbował tłumaczyć im, dlaczego w nocy nie spał. Ale nikt go nie słuchał.

‒ Wstawaj do szkoły!

‒ Już późno.

‒ Spóźnisz się.

‒ Zjedz śniadanie. Herbata wystygnie.

I za każdym razem, kiedy Łukaszek wspominał o istotach, słyszał nieodmiennie tę samą odpowiedź:

‒ Przecież pali się lampka.

Tak jakby lampka miała moc unicestwiania istot, które odwiedzały Łukasza.

Z reguły do szkoły odprowadzała go babcia. Szli piechotą, a po drodze babcia opowiadała chłopcu różne historie, niektóre zabawne, niektóre straszne, a niektóre zupełnie niezrozumiałe lub o jakichś ludziach, który Łukasz nie znał. Chłopiec zadawał jej pytania i babcia zawsze cierpliwie na nie odpowiadała. A kiedy docierali przed szkolną bramę, babcia nachylała się ku chłopcu i całowała go na pożegnanie. Łukasz biegł w kierunku głównego wejścia, a tam zawsze odwracał się i zawsze widział, że babcia wciąż stoi przy bramie i czeka, aż chłopiec wejdzie do szkoły.

Czasem babcia nie mogła odprowadzić Łukasza do szkoły i wówczas chłopiec jechał do szkoły z mamą albo z tatą. Ostatnio takie sytuacje zdarzały się coraz częściej.

Ojciec przez całą drogę rozmawiał przez telefon komórkowy, a kiedy po dojechaniu na miejsce otwierał tylne drzwi, tak żeby Łukasz mógł wygramolić się z auta, odwracał się do syna, podnosił kciuk w górę i uśmiechał się. Ale śmiały się tylko jego usta, a nigdy oczy. Łukaszek też się uśmiechał, też podnosił kciuk w górę, a potem opuszczał auto i zamykał drzwi. Samochód ruszał natychmiast i dopiero wówczas Łukasz mówił cichym głosem:

‒ Do widzenia, tatusiu.

Mama ciągnęła Łukaszka. Najpierw do samochodu, potem z powrotem do domu po jakąś bardzo ważną rzecz, której zapomniała zabrać, potem znowu do samochodu, a na koniec pod bramę szkolną. Jedyne, co mówiła, to "ale już późno", "oszaleję", "spóźnię się" oraz "która to już godzina?".

Kiedy zwracała się do Łukasza, całe jej ciało wyginało się jakby z bólu, twarz wykrzywiała się w grymasie cierpienia, oczy niemal płakały, a zbolały i zarazem poirytowany głos niósł tylko jeden komunikat: "Łukasz, błagam cię, proszę, błagam, proszę...". Łukasz nigdy nie wiedział, o co mama go prosi. Bardzo chciał spełnić wszystkie jej życzenia, bo chciał, żeby mama była szczęśliwa i uśmiechnięta. I czuł się bardzo źle, bo mimo jej błagań nie wiedział, jak jej pomóc.

Mama zostawiała go przed bramą krzycząc "oszaleję, jak jest późno!", po czym biegła w stronę samochodu. Łukaszowi było jej żal.

Po całym dniu w szkole i czasem na świetlicy Łukasz wracał do domu w towarzystwie któregoś z dorosłych. Powrót do domu wyglądał dokładnie tak samo jak droga do szkoły. Z tą różnicą, że mama zamiast "jestem już spóźniona" oraz "która to godzina?" powtarzała "nie wyrobię się jutro" lub "tego się nie tak zrobić", tak jakby tłumaczyła się komuś. Tylko jej pieśń błagalna do Łukasza brzmiała niezmiennie tak samo. A tata zawsze rozmawiał przez telefon.

Do kolacji i wieczornej kąpieli Łukaszek bawił się we własnym pokoju. Jeśli babcia nie spała, bawił się u niej albo z nią. Pokazywał jej samoloty i toczył powietrzne wojny. A czasem słuchał opowieści babci. Jednak w ciągu ostatnich miesięcy te zabawy były coraz rzadsze, a babcia przepraszała Łukasza, mówiąc, że akurat tego dnia nie czuje się najlepiej.

Kiedy Łukasz nie bawił się w pokoju ani z babcią, siadał na schodach i w milczeniu obserwował dom. Ojciec siedział przed komputerem w gabinecie albo spał na kanapie w salonie. Mama, jeśli nie czytała dokumentów, to uczyła się niemieckiego.

W weekendy często przychodzili do nich goście. Kuzyni, bliscy krewni i dalecy krewni. Czasem przyjeżdżali z dziećmi i wówczas Łukasz miał się z kim bawić. Raz na dwa tygodnie do Łukasza przychodził jeden z kolegów – najczęściej Bartek albo Michał.

Poza babcią dorośli w ogóle nie słuchali Łukasza, więc chłopiec opowiadał o istotach wyłącznie kolegom. Jednak żaden z nich go nie rozumiał. Kiedyś starszy kuzyn, dwunastolatek o imieniu Marek, wyśmiał Łukasza i nazwał go czubem.

Wtedy Łukaszek opowiedział o istotach babci. Babcia bardzo się zmartwiła i tak wnikliwie przyglądała się chłopcu, aż Łukaszek musiał skłamać, że całą historię tylko wymyślił. Od tej pory już nikomu nie opowiadał o nocnych gościach.

Któregoś wieczoru babcia źle się poczuła. Po godzinie pod dom przyjechała karetka pogotowia i babcia pojechała do szpitala, a razem z nimi tata samochodem. Wrócił, kiedy było już bardzo późno. Przez ten czas mama płakała, a po powrocie tata na przemian to obejmował ją ramieniem, to znowu chodził po salonie i snuł jakieś niezrozumiałe dla Łukasza rozważania.

‒ Idź już spać – powtarzał poirytowanym głosem, kiedy Łukasz wychylał się z pokoju.

Rodzice zasnęli i dom spowiła ciemność zakłócona jedynie małą lampką w korytarzu. Łukasz długo leżał w łóżku i rozmyślał. Martwił się o babcię, nie wiedział, co się z nią stało. Nie wiedział, czy i kiedy babcia wróci oraz kto go będzie odprowadzał do szkoły, kiedy mama i tata nie będą mogli. Zastanawiał się, czy usłyszał już wszystkie opowieści babci.

Łukasz był tak pogrążony w myślach, że nawet nie zwracał uwagi na istoty. Dopiero kiedy zasypiał, poczuł delikatny ruch na łóżku.

‒ To wy ją zabraliście? – zapytał.

‒ Nie. To po prostu starość – odparł chłopiec zrobiony z kurzu. Łukasz stwierdził, że głos tamtego brzmiał nawet przyjemnie.

‒ Co jej się stanie?

‒ Umrze – zawyrokował przybysz, a Łukaszek aż drgnął. ‒ Wszyscy kiedyś umrą.

‒ Mama i tata też?

‒ Tak. Oni też umrą.

‒ Kiedy? – dopytywał chłopiec. Czuł, że oczy ma coraz bardziej wilgotne, a słowa z coraz większym trudem przechodzą przez krtań.

‒ Nie dzisiaj – padła odpowiedź.

‒ Chcę już spać – z trudem powiedział Łukasz.

‒ Śpij.

Łukasz nie wiedział, czy tylko mu się wydawało, czy rzeczywiście poczuł na ramieniu miękką i ciepłą dłoń, ale nie zdążył dobrze o tym pomyśleć, ponieważ zasnął.

Rano wszyscy zaspali, więc rodzice spieszyli się bardziej niż zwykle. Poza tym dzień upłynął jak zawsze. Kiedy skończyły się lekcje, Łukasz został na świetlicy. Robiło się coraz później i w pewnym momencie został jedynym dzieckiem. Odrobił już wszystkie zadania domowe, a nawet zabawa samolotami mu się znudziła. Ile można bawić się samemu? W domu Łukasz też często bawił się sam, ale miał więcej zabawek i była także babcia, a poza tym opustoszała świetlica wydawała mu się taka ponura, że chłopcu zrobiło się smutno.

‒ Zadzwonię po twoich rodziców – oznajmiła pani Elwira, jedna z nauczycielek, które pełniły dyżur na świetlicy. Została tylko ona, reszta pań już dawno poszła do domu.

Łukasz słyszał wcześniej, jak pani Elwira rozmawiała z kimś przez telefon. Chłopiec nie rozumiał rozmowy, ale dotarło do niego, że pani Elwira jest zła, że musi siedzieć tak długo na świetlicy. Dlatego Łukasz narysował obrazek dla pani Elwiry i kiedy nauczycielka czekała na przyjazd jego rodziców, chłopiec wręczył jej to, co namalował. Był tam samolot oraz trzy postaci, dwie kolorowe, a jedna ciemnoszara.

‒ Dziękuję – powiedziała pani Elwira. Była zła, że z powodu niedbalstwa rodziców musiała zmienić plany na wieczór, ale wzruszyła ją postawa Łukasza. Uśmiechnęła się do chłopca. ‒ Rodzice zaraz przyjadą. Coś ważnego ich zatrzymało – skłamała, żeby nie robić Łukaszowi przykrości. Bo tak naprawdę rodzice zapomnieli o chłopcu, ponieważ był to dzień, kiedy z reguły odbierała go babcia.

Łukasz zmartwił się. Przestraszył się, że babcia umarła i dlatego rodzice spóźnili się po niego. Troska odmalowała się na jego twarzy, a nauczycielka pomyślała, że chłopcu jest przykro, bo musi długo czekać na odebranie go ze szkoły.

‒ A kto jest na tym obrazku? – zapytała, żeby zmienić temat.

‒ To jest pani. ‒ Łukasz wskazał na najwyższą postać. ‒ A to ja.

‒ A to?

‒ To mój przyjaciel.

‒ Dlaczego jest taki szary?

‒ Bo jest zrobiony z kurzu.

‒ Z kurzu? – zaśmiała się nauczycielka. ‒ Masz ty wyobraźnię! A dlaczego ma takie czarne oczy?

Łukasz podniósł wzrok na panią Elwirę. Ich spojrzenia spotkały się, a im dłużej Łukasz wpatrywał się w nauczycielkę, tym bardziej kobieta czuła się nieswojo.

‒ Jego oczy to otchłań – powiedział Łukasz poważnym głosem. ‒ Kto w nie spojrzy, ten umrze i na zawsze pójdzie do krainy cieni.

Kobieta już miała się odezwać, lecz wówczas otworzyły się drzwi i do środka weszli rodzice Łukasza. Chłopiec podbiegł do nich i przywarł do ich nóg, próbując objąć obie postaci. Jednak oboje go odsunęli. Mama była zmartwiona, jej codzienny bolesno-błagalny wyraz twarzy zastąpiła troska i zmęczenie. Powtarzała tylko "nie teraz, nie teraz", opędzając się od Łukaszka. A tata przepraszał panią Elwirę. Wyjął portfel, a z niego sto złotych, ale nauczycielka odmówiła przyjęcia pieniędzy.

Do domu wracali w milczeniu.

‒ Czy babcia umarła? – zapytał Łukasz, kiedy mama szykowała go do kąpieli. Kobieta rozpłakała się, a do łazienki wszedł tata.

‒ Daj spokój mamie – powiedział ze złością, a po chwili dodał bardziej miękko: ‒ Nie, jeszcze nie umarła. Ale to kwestia czasu. Idź już spać. Jutro się wykąpiesz.

Tej nocy Łukasz czekał na przybycie istot. Kiedy zobaczył, jak zagęszcza się czerń w okolicy dywanu, a przy lampie i przy samolotach zameldowali się pająk oraz człowieczek bez twarzy, Łukasz uśmiechnął się do siebie. Odczekał jeszcze chwilę, aż na łóżku przysiądzie chłopiec zrobiony z kurzu.

‒ Nie chcę, żeby babcia umarła – powiedział, kiedy łóżko nieznacznie się ugięło.

‒ Wszyscy kiedyś umrą – odpowiedział chłopiec z kurzu tak samo jak poprzedniej nocy.

‒ Ale ona nie teraz. Kocham babcię.

Człowieczek bez twarzy poruszył się, a pająk zrobił kilka kroków do przodu. Nawet plama przysunęła się bliżej.

‒ Tylko wy mnie rozumiecie – kontynuował Łukasz. ‒ Możecie mi pomóc. Możecie jej pomóc.

Zapadła cisza. Chłopiec zrobiony z kurzu delikatnie głaskał Łukasza po głowie. Ciało ziemskiego chłopca drżało w rytm łkania.

‒ Tylko ona mnie dostrzega. Dla innych i tak nie istnieję – powiedział w końcu Łukasz, kiedy opanował płacz.

Jego łóżko otaczały istoty, a chłopiec z kurzu trzymał Łukasza za rękę.

‒ Nie musi umrzeć teraz – powiedział przybysz.

Łukasz podniósł się i usiadł na łóżku. Miał zamknięte oczy. Odwrócił twarz w stronę, gdzie siedział chłopiec zrobiony z kurzu. Od istoty bił przytłaczający zapach stęchlizny, a do nozdrzy dostawał się pył, który drażnił śluzówkę nosa.

Łukasz otworzył oczy i spojrzał prosto w czarne źrenice chłopca zrobionego z kurzu.

Nic więcej się nie wydarzyło. Tylko opustoszały pokój przypominał o ośmiolatku, który pewnej nocy po prostu zniknął. Czasami do pokoju zaglądała babcia, żeby sprawdzić, czy jakimś cudem nic się nie zmieniło. Lecz jedynie coraz więcej kurzu osiadało na łóżku, na lampie i na samolotach stojących na półce, a ciemna plama dywanu stawała się coraz ciemniejsza. Poza tym było cicho.

Warszawa, 1 października 2017r.


Bajka Jarka

Odnalazły się dwie płcie, połączyły i mnie narodziły.

Z tego słyszałem - długo mnie oczekiwano z szałem.

 

Nie chciałem wyjść naturalnie, ale bez pytania rościęto mi sufit nad głową i powitano owalnie.

 

Płacz, krzyk, karteczka z numerem. Takim to wyszedłem bohaterem.

 

Z wczesnych dni pamiętam niewiele, choć w życiu działo się wiele.

 

Rodzice instrukcji obsługi nie dostali, rodziny w trakcie i po wojnie - się zrzymały.

 

Było ciężko, pieniędzy mało, wizyt taty w domu brakowało.

 

Choć wyjazdy wakacyjne, zawsze z tatą, mama w domu zostawała.

Mama narzekała, dziś wiem - jak o sobie bardzo myślała.

 

Ja miałem wiernych przyjaciół - psów gromadka zawsze wokół.

 

Były też pluszaki, dziewczyny i chłopaki.

 

Moje zdanie się nie liczy, szybko zrozumiałem. Może i protestowałem.

Ale częściej w ciszy szlochałem.

 

Tak więc dorastałem i niestety... język zawsze za zębami trzymałem.

 

Paszportowo - dorosłem. Miała być bajka, przyszły: uzależnienia i egoizm.

Samotność, izolacja, uraza, wszystkich wina. Lecz u mnie? Heroizm.

 

Nadwaga, pogorszenie zdrowia, poluźnienie relacji.

Ach, czyż naprawdę musiałem czekać na tyleż komplikacji?

 

Próbowałem udowadniać całemu światu swoją niewinność.

Ileż energii, ileż czasu. Efekt ten sam, mnóstwo ambarasu.

 

Chciałem zmienić wszystko dookoła. Wszyscy stać na palcach mieli!

Dokładnie jak wtedy, gdy pijany tata wrócił i wszyscy nieruchomieli.

 

Nikt nie wiedział, co w mojej głowie siedziało, czego moje Ja potrzebowało.

A powinni! Ich wina! Takie to przekonanie mnie absorbowało.

 

Dziś wiem: Bóg istnieje, lecz ja nim nie jestem - w końcu zaświtało.

Szkoda, że to kiełkowanie tyle czasu potrzebowało.

 

Emocje, potrzeby, empatia, bezinteresowność, duchowość, Siła Wyższa.

Znowu kontakt z małym Jarkiem: ja dla niego, jego potrzeba mi dziś bliższa!

 

Mały Jarek jest bezpieczny, miłujący Bóg jest również zawsze z nim!

Mały Jarek jest kochany i akceptowany, w każdej sytuacji, w każdej z gmin!

 

Mały Jarek umie bronić swoich granic.

Mały Jarek już nie musi wkraczać na cudzy ganek!

 

Dziś - nie myślę o sobie dobrze. Nie myślę o sobie źle.

Dziś - myślę o sobie mniej!

 

Miłująca miłość - miłosierna siła!

Im jej więcej daję, tym więcej dostaję!

 

Ja? Odpuszczam!

Miłości substytuty puszczam!

 

Nie wierz w Boga, ale Bogu! Jemu oddałem ster!

Lekkość i Pogodę Ducha mam po dziś dzień!


Poniżej listy dorosłego do wewnętrznego dziecka

[list do dziecka]
Mała Joasiu,
Cholernie mi przykro, że nigdy nie mogłaś być naprawdę mała; że nikt Cię nie bronił, nie rozumiał i nie ogrzewał, jak było Ci zimno.
Ciekawa jestem, jaka byłaś i jaka mogłaś być. Smutno mi patrzeć na Ciebie w wyobraźni.
Wydajesz się zagubiona i błagająca, by ktoś Cię przytulił.
Jakbym Cię wtedy poznała, tobym pytała: jak się czujesz? Co byś chciała? Czy Ci ciepło? Czego się boisz? Czy ktoś był dla Ciebie niemiły?
Ochroniłabym Cię. A przynajmniej bym się starała.
Czego Ci jeszcze brakowało?
Powiedz mi o tym.


[odpowiedź dziecka]
Nikt mnie nie pytał, czego bym chciała. Myślę, że ich nie obchodziłam.
Chyba tylko babcia mnie kochała.
I mój kot.
Czułam się smutnym dorosłym zamkniętym w ciele dziecka. Cholernie samotnym i zmarzniętym. Bałam się ludzi.
Nie było dokąd uciec.
Nie wiem, co to „chęć życia”.